Nazir Sabir: Na szczycie jestem bliżej Boga

2013-05-29 11:44:39 (ost. akt: 2013-05-29 11:57:07)

— Góry akceptują cię takiego, jakim jesteś: żywego lub martwego — mówi Nazir Sabir, światowej sławy himalaista z Pakistanu. Sabir przyjechał do Olsztyna na zaproszenie Klubu Wysokogórskiego. Opowiedział nam, jak wygląda życie na krawędzi śmierci i o czym myślał na szczycie K2.

Nazir Sabir: Na szczycie jestem bliżej Boga

Autor zdjęcia: Arch. prywatne

— Pana osiągnięcia w himalaizmie są znane na całym świecie. Zdobył pan m.in. cztery spośród pięciu pakistańskich ośmiotysięczników. Która wyprawa była dla pana najtrudniejsza?
— Każda wyprawa niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Dwukrotnie próbowałem zdobyć K2 i chyba właśnie te dwie ekspedycje były najtrudniejsze. Za drugim razem, w 1981 roku, wytyczaliśmy nową drogę na ścianie zachodniej K2. Nikt wcześniej nie przeszedł tego szlaku, byliśmy w zupełnie nieznanym miejscu, dlatego było to niezwykle niebezpieczne. Wielu alpinistów próbowało wcześniej pokonać zachodnią ścianę, wielu z nich zginęło. Ta strona jest właśnie uważana za najtrudniejszą. Pierwszymi, którzy próbowali zdobyć K2 tą drogą, byli dwaj Brytyjczycy. Niestety, jeden z nich, Nick Estcourt, zginął po tym, jak porwała go lawina. Kilka lat później uczestnik tej samej wyprawy, który wówczas ledwo uszedł z życiem, spróbował doprowadzić inny zespół na szczyt. Ale na wysokości 7300 metrów zawrócił z powodu złej pogody. To pokazuje, jak wiele czynników może spowodować niepowodzenie. Mój zespół, któremu udało się osiągnąć to, co tamtym nie było dane, miał ogromne szczęście. Właściwie to była wyprawa japońska, byłem tam jedynym Pakistańczykiem i, szczerze mówiąc, nie posiadaliśmy odpowiedniego doświadczenia. A ma to duże znaczenie na takich wyprawach. Jedynie kierownik ekspedycji miał na koncie spore osiągnięcia, między innymi zdobył Mount Everest. Reszta ekipy nigdy wcześniej nie zdobywała takich szczytów. Oczywiście bywałem już na wysokościach powyżej 8 tysięcy metrów, jednak ta wyprawa była ogromnym wyzwaniem technicznym.

— O K2 mówi się, że to najniebezpieczniejszy spośród ośmiotysięczników, mówi się na niego nawet „góra morderca”.

— K2 zabrało wielu himalaistów, z tego wynika taka opinia. Trudności wspinaczkowe znajdują się tam nawet w okolicy ośmiu tysięcy metrów, dlatego dopóki nie staniesz na szczycie, nie możesz być pewny, czy tam dotrzesz. Podobnie było z nami w 1981 roku. Okoliczności sprawiły, że podczas ostatniego postoju, na wysokości 8470 metrów, musieliśmy zatrzymać się na noc. Nie mieliśmy żadnego sprzętu ani jedzenia. Wykopaliśmy więc jamę śnieżną, a do jej ogrzania użyliśmy świeczki. To była prawdziwa szkoła przetrwania, nie byliśmy kompletnie na to przygotowani. Proszę sobie wyobrazić spędzenie nocy w śnieżnej jamie na takiej wysokości. To najbardziej ekstremalne przeżycie w mojej karierze. Mogę powiedzieć z całą pewnością, że do tego czasu nikt nie przeżył nocy na takiej wysokości. Rano po przebudzeniu byliśmy zmęczeni, ale cały czas zmobilizowani do zdobycia szczytu. Pokonaliśmy jeszcze 100 metrów, byliśmy o krok od sukcesu. Kierownik wyprawy stwierdził jednak, że jesteśmy zbyt zmęczeni i kazał nam zawracać. Przez ponad pół godziny dyskutowaliśmy z nim na ten temat i udało nam się go przekonać do kontynuowania wyprawy. Jeden z nas musiał jednak zostać, ponieważ nie był w stanie kontynuować wspinaczki. Do zdobycia K2 zabrakło mu 50 metrów!

— Ile osób dotarło na szczyt?
— Wspinaliśmy się we trójkę — ja i dwóch Japończyków. Na szczyt dotarłem z Eiho Ohtanim. Nasza ekspedycja miała naprawdę ogromne szczęście, ponieważ towarzyszył nam parasol ochronny z chmur, co bardzo pomaga we wspinaczce, bo podnosi temperaturę. Mimo to było naprawdę niebezpiecznie. Zdarzały się upadki, także moje, i chwile grozy. Udało mi się jednak wejść na szczyt. W całej mojej karierze K2 było najtrudniejsze i najgroźniejsze.

— Czy czuje pan strach podczas wspinaczki? To chyba dość naturalne uczucie w takich warunkach…
— Odczuwa go każdy, kto próbuje swoich sił w górach. Tak jak pani powiedziała, to dość naturalne. Trzeba pokonać w sobie pewne bariery, aby zdecydować się na wspinanie. A pierwszym krokom towarzyszy strach o życie. Oczywiście z czasem to mija. Ukażdego inaczej to wygląda, jednemu przejdzie szybciej, innemu później. Kiedy zdobywasz kolejne szczyty, strach ustępuje, a w jego miejsce pojawiają się inne emocje. Może to kwestia obycia w górach, może skoncentrowania myśli na czymś innym… W górach wyjaśniasz wiele kwestii, które były dla ciebie do tej pory niezrozumiałe. Zazwyczaj, kiedy decydujesz się na wspinaczkę, nie wiesz, dlaczego to robisz. Nie znasz tych emocji, marzysz więc o czymś nieznanym. Dopiero po kilku czy nawet kilkunastu razach odnajdujesz odpowiedź. Ale wtedy nie możesz czuć strachu.

— Można nie czuć lęku grubo ponad osiem tysięcy metrów nad ziemią?
— Tak jak mówiłem, z czasem strach zastępują inne uczucia. Nagle odkrywasz, że wspinanie jest dla ciebie bardzo wyjątkową rzeczą i nie możesz bez tego żyć. A wtedy nie ma lęku, jest pragnienie zdobywania szczytów. Jeśli natomiast pyta pani, co czuję na samym szczycie, to odpowiem, że czuję się bliżej samego siebie i sedna mojego charakteru. O wiele bliżej niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi. Jako słabe, ludzkie stworzenie, potrzebujesz próby, która wyłoni twoje prawdziwe „ja”. Kiedy stoisz na krawędzi życia i śmierci, sprawdzasz swoją siłę i charakter. Miotają tobą różne uczucia. Jest strach, chwilowa słabość, nagle ustępująca miejsca odwadze i pewności. Góry dają możliwość do sprawdzenia samego siebie. Dopiero tam dowiadujesz się, jaki naprawdę jesteś — słaby czy silny. Kiedy wracasz z wyprawy, jesteś trochę lepszym człowiekiem. I po chwili odczuwasz pragnienie ponownego połączenia się z samym sobą, a więc i powrotu na szczyt. Myślę, że wielu himalaistów podziela moje uczucia. Zawsze tkwi w nas marzenie o powrocie w góry. Będąc tam, na szczycie, doświadczam rzeczy, których nie mógłbym odczuć na dole. Góry są czymś czystym i idealnym, zupełnie odwrotnie niż ludzie. I akceptują cię takiego, jakim jesteś — żywego lub martwego.

— Brzmi to porażająco…
— A mi wydaje się, że jestem tam bliżej Boga. Można nazwać to Bogiem, czy też inną siłą stwórczą, ale to na szczycie doświadczam jej istnienia. I czuję się sobą. Dopiero tam odnajduję siebie samego. W środku zatłoczonego miasta nie odczujesz takich emocji. Na szczycie masz czas, żeby przemyśleć każdy aspekt swojego życia. Przez te krótkie chwile jestem w stanie odkryć więcej niż przez długie lata na dole. Oczywiście mam świadomość grożącego mi w każdej chwili niebezpieczeństwa, ale to jeszcze potęguje te myśli o życiu, jego znaczeniu i kruchości. Wiesz, że wystarczy jeden nieostrożny krok, aby je stracić.

— Kiedy coś idzie niezgodnie z planem, jest rozczarowanie i złość?
— W czasie wyprawy zdarzają się także mało przyjemne chwile. Pochodzę ze wschodu, jestem Hunza, a my bardzo pielęgnujemy relacje z najbliższym otoczeniem. Odczuwam silną emocjonalną więź z rodziną. I w drodze, kiedy idzie coś nie tak lub są jakieś problemy, w mojej głowie pojawia się złość. Wiem, że moja matka, siostra, ojciec i przyjaciele czekają na mnie. Jestem zły, że mają przeze mnie zmartwienia. Cały czas noszę w sobie takie poczucie winy. Ale góry są silniejsze. Poczucie winy nie jest w stanie mnie zatrzymać.

— A strach przed śmiercią? Tak jak pan wspomniał, w drodze na szczyt igra się z życiem…
— Straciłem w górach starszego brata i kilkunastu przyjaciół. Ostatnim z nich był Maciej Berbeka, który zginął kilka miesięcy temu w drodze na Broad Peak. Mój brat zginął w 1980 roku w drodze na szczyt Diran, leżący w paśmie Karakorum. To była bardzo głośna wyprawa. Rok wcześniej także próbował zdobyć ten szczyt, ale w drodze zginął jeden z uczestników ich wyprawy. W 1980 wrócili tam, aby poszukać jego ciała i osiągnąć to, czego wtedy im się nie udało. Zabrała ich lawina. Rok później zdobyłem K2. Nie oznacza to, że nie przeżywałem śmierci brata. Zrobiłem coś, co chcieliśmy osiągnąć wspólnie. Niestety, musiałem ukrywać prawdę przed moją matką, która cierpiała po śmierci syna. Powiedziałem jej, że wyjeżdżam, ale nie wspomniałem o wyprawie na K2. Jednak kiedy już wspinałem się na szczyt, ona dowiedziała się o wyprawie z mediów. Nie musiałem dzięki temu więcej kłamać. Przed wypadkiem brata byłem bardziej szalony, jeśli chodzi o góry. Nawet bardzo szalony...

— Był pan świadkiem czyjejś śmierci podczas wyprawy?
— Widziałem na swojej drodze tylu martwych ludzi, że ten widok nie jest już dla mnie dziwny. Wypadki i śmierć są wpisane w himalaizm. Ale sami wybraliśmy taką drogę i mamy świadomość, co może się zdarzyć podczas każdej wyprawy. Śmierć jest wpisana w naturę, tak jak góry. A one akceptują człowieka jako część natury, a czasami zabierają do siebie.

— Kiedy zakochał się pan w górach?
— Miałem szczęście urodzić się w niewielkiej miejscowości Hunza, w północnym Pakistanie, w zachodniej części Karakorum. Dlatego zawsze tkwiło we mnie przywiązanie do gór. Jednak naprawdę silne emocje odżyły we mnie w czasie studiów. Wcześniej traktowałem wspinanie jak sport, nie było dla mnie w tym magii ani czegoś wyjątkowego. Zrozumiałem góry dopiero w 1976 roku, kiedy wspiąłem się na szczyt Paiyu. To dość niewielka, ale bardzo piękna góra (6660m n.p.m. — red.). I może to dziwnie zabrzmi, ale to był najwyższy szczyt w mojej wspinaczkowej karierze. Wtedy właśnie poczułem siłę i prawdziwą wartość gór. Od tamtej pory zdobywanie szczytów jest moją pasją. Dzięki niej mam przyjaciół na całym świecie, również w Polsce i Olsztynie. Jestem górom za to wdzięczny. Podobnie jak za wiele innych rzeczy.

— Jak długo trwa wyprawa w wysokie góry?
— Na samym szczycie spędzasz kilka chwil. Jednak całość wyprawy zajmuje tygodnie lub miesiące. Trzeba przygotować wszystkie aspekty, wyznaczyć obozy, przemyśleć każdy krok. Nie można wspinać się bez przygotowania i pewności, że wiesz już wszystko, co powinieneś. To ważne szczególnie w Himalajach, gdzie wyjeżdża się na kilka miesięcy. Trudno potem wrócić do normalnego życia.

— Ile razy odwiedził pan Polskę?
— Pierwszy raz przyleciałem tu w 1996 roku. Wtedy moim wielkim przyjacielem był Andrzej Zawada. Pamiętam, że oprowadzał mnie po Krakowie i bardzo szybko prowadził samochód, co trochę mnie przerażało… Kolejny raz pojawiłem się w Polsce w 2002 roku. Przyjechałem wtedy, aby wygłosić kilka prezentacji. A dziś w Olsztynie jestem gościem Klubu Wysokogórskiego. Przyjechałem tu po to, aby podzielić się moją historią, a przy okazji spotkać starych znajomych. Polska jest pięknym miejscem. Podziwiam zwłaszcza waszą architekturę. Macie cudowne, historyczne budynki. I żyją u was sympatyczni ludzi.

— To samo powie pan o Pakistanie?
— Pakistan jest najpiękniejszym krajem na świecie. I nie mówię tego dlatego, że stamtąd pochodzę… Patrząc na to obiektywnie, Pakistan otrzymał najpiękniejszy kawałek globu. Mamy Ocean Indyjski i Karakorum. Chciałbym tylko, żeby mieszkańcy Pakistanu bardziej rozumieli ten kawałek ziemi i przede wszystkim lepiej się z nim obchodzili. Często mam wrażenie, że moi rodacy nie traktują swojego kraju tak, jak powinni. Pakistan jest młodym państwem, ma tylko 65 lat. Według mnie, powinniśmy promować nasz kraj turystycznie. To doskonałe miejsce na wypoczynek. I piękne.

— Jest pan w Olsztynie od dwóch godzin. Pierwsze wrażenie?
— Dwie godziny to bardzo dużo, żeby wyrobić sobie zdanie o jakimś miejscu. Cieszę się, że macie tu wiele zieleni. Wszędzie są drzewa, kwiaty, parki. To daje ogromny urok temu miejscu. Ciekawe jest także Stare Miasto. Myślę, że powinniście być dumni ze swojej historii i ludzi, którzy są związani z tym miejscem. Choćby zMikołaja Kopernika, znanego na całym świecie astronoma. Bardzo zaskoczyła mnie pogoda. Myślałem, że będzie o wiele zimniej. Mieszkacie w ładnym miejscu.

— Jest pan znany także z innego rodzaju działalności. Otrzymał pan nawet odznaczenie od prezydenta.
— W 1994 roku zaangażowałem się w politykę w Hunza. Zostałem wybrany przez mieszkańców na przedstawiciela w Gilgit Baltistan Legislative Provincial Assembly (odpowiednik naszego sejmiku województwa — red.). Następnie mianowano mnie doradcą rządu do spraw edukacji i turystyki. Zdałem sobie wtedy sprawę, że muszę robić coś dla ludzi, którzy pokładają we mnie jakieś nadzieje. Otworzyłem szkołę, planuję też stworzenie kolejnej, tym razem wyższej. To dla mnie ogromne wyzwanie, mam nadzieję, że mu podołam. Jednak wydaje mi się, że robię coś o wiele ważniejszego. — Co takiego? — Podróżuję po całym świecie, rozmawiam z ludźmi i przekonuję ich, jakim wyjątkowym miejscem jest Pakistan. Przez lata konfliktów i problemów wewnętrznych świat nieco się od nas odsunął. Dlatego ja pokazuję ludziom, jacy naprawdę jesteśmy. Ludzie nie rozumieją Pakistanu. A ja pragnę pokazać, że warto do nas przyjechać. Zapraszam do najpiękniejszego zakątka Ziemi.

Rozmawiała Nina Ramatowska


NAZIR SABIR:
Himalaista urodzony w miejscowości Hunza w północnym Pakistanie. Zdobył cztery spośród pięciu pakistańskich ośmiotysięczników. Jego kariera rozpoczęła się od zdobycia szczytu Passu Peak (7284 m n.p.m.) w Hunza w 1974 roku. Rok później wziął udział w niemieckiej ekspedycji na Nanga Parbat (8125m n.p.m.), gdzie wszedł na wysokość 6700 m n.p.m. W 1976 pierwszy raz zdobył szczyt Paiyu (6660 m n.p.m.). W 1977 roku podjął pierwszą próbę wejścia na K2 (8611 m n.p.m.), nie pozwoliły na to jednak warunki pogodowe. W 1981 roku uczestniczył w wytyczaniu nowej drogi na zachodniej ścianie K2. W jednym tygodniu zdobył w stylu alpejskim Gasherbrum II (8035 m. n.p.m.) i Broad Peak (8050 m.npm). W 1992 roku zdobył Gasherbrum I (8068 m), aw2000 roku został pierwszym Pakistańczykiem, który wszedł na Mount Everest (8848 m.npm). Za swoje osiągnięcia został narodowym bohaterem. Uhonorowano go m.in. prezydencką nagrodą „Pride of Performance“ w 1982 roku. Działa także na rzecz rozwoju terytorium północnego Pakistanu i ochrony środowiska naturalnego oraz prowadzi agencję trekkingową.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB