Nasz człowiek w Ameryce (4): Manhattan

2015-10-08 14:09:51 (ost. akt: 2015-10-13 12:03:20)
Zgodnie z obietnicą daną moim synkom zajrzałem do Zoo w Central Parku - ale nie znalazłem tam Pingwinów z Madagaskaru

Zgodnie z obietnicą daną moim synkom zajrzałem do Zoo w Central Parku - ale nie znalazłem tam Pingwinów z Madagaskaru

Autor zdjęcia: Marek Bartnikowski

Marek Bartnikowski z Krakowa postanowił wybrać się na nietypową wycieczkę: przez całe Stany Zjednoczone. Marek ma 38 lat, pochodzi z Olsztyna, ale od kilkunastu lat mieszka w Krakowie, gdzie prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę informatyczną. Do USA pojechał za własne pieniądze, zdany na własną pomysłowość i przedsiębiorczość. Chciał poznać nie tylko Amerykę, ale i Amerykanów, zatem zaplanował, że będzie szukał noclegów w prywatnych domach w systemie tzw. couchsurfingu. Marek zgodził się, aby kolejne odcinki jego zapisków publikować w naszym serwisie. Dzisiaj część czwarta.

Dzisiaj czas minął bardzo spokojnie i przyjemnie. Pojechałem do rodziców Sashy na Manhattan. Colin i Emily mieszkają w pięknej, starej kamienicy przy West End Av. Zdążyłem się dowiedzieć, że budynek jest z 1912 roku i że ma ogród na dachu. Mam nadzieję go zobaczyć. Ponieważ Colin i Emily mają dwa mieszkania, to mniejsze pozostawili do mojej wyłącznej dyspozycji. Miejsce bardzo przytulne i ciepłe. Gospodarze przywitali mnie muzyką klasyczną i miłą pogawędką. Potem zostawili mi klucz i umówiliśmy się na 6.30PM na wcześniej umówione wyjście do matki chrzestnej Sashy.

Dodam jeszcze, że na Manhattanie (dokładnie mówiąc w tej bardziej prestiżowej części Manhattanu) wszystkie kamienice mają portierów i nie inaczej jest u moich gospodarzy. Colin musiał zejść ze mną na dół, żeby mnie wpisano do książki jako gościa. Dzięki temu mogę swobodnie wchodzić i wychodzić.

Szukając ławki Woody Allena


Korzystając z wolnego czasu poszedłem na spacer do Central Parku, który znajduje się zaledwie 0.6 mili od mieszkania. W Central Parku wszyscy biegają. Tak dużo biegaczy wcześniej widziałem jedynie na jakichś zawodach. Biegają we wszystkich kierunkach i nawet jest ulica, na której jest ścieżka do biegania.

Po spacerze pojechałem poszukać słynnej ławki (nazywanej tutaj "Woody Allen bench") na której siedział Woody Allen z Diane Keaton w słynnym filmie Manhattan. Przyznam, że szukałem ten ławki chyba z godzinę, krążąc od jednej przecznicy do drugiej. Zrobiłem kilka zdjęć w miejscach, w których ona powinna być, ale jej kurde nie było! W końcu ustaliłem, że przecież po tylu latach mogli ją przestawić - i tak właśnie było.
Zaszedłem też do Central Park Zoo, zgodnie z obietnicą daną moim synom, ale niestety pingwinów z Madagaskaru nie było, Pewnie przeprowadzają właśnie jakąś akcję, która ma ocalić świat.

Wieczór u Kathy


Nadszedł wreszcie wieczór i umówiony obiad u Kathy - matki chrzestnej Sashy i przyjaciółki rodziny. Zaczęło się od niezłego przeżycia, czyli łapania taksówki na Broadway Street. Wygląda to dokładnie tak, jak na amerykańskich filmach. Staje się na ulicy, macha i po chwili jest taksi. Po Manhattanie krąży nieustannie mnóstwo taksówek, więc naprawdę łatwo jest coś złapać.
Kathy to bardzo wesoła i uśmiechnięta kobieta, która pracuje dla Time. Nie wspomniałem chyba, że Colin z kolei pracuje dla Forbes, więc towarzystwo miałem wyborowe. Kathy mieszka w Harlemie, czyli w północnej części Manhattanu, w nowej kamienicy. Mieszkanie ma urządzone bardzo gustownie, ze sporą liczbą interesujących reprodukcji na ścianach.
Przez cały wieczór próbowałem nadążyć za nimi, o czym w ogóle mówią i czułem się nieco niezręcznie, nie mogąc brać czynnego i ciągłego udziału w dyskusji jak to mam w zwyczaju. Przyczyny tego stanu były dwie - pierwsza - nie wszytko rozumiałem, bo towarzystwo używa bardzo wyszukanego języka i druga - nie jestem na bieżąco ze wszystkimi wystawami w muzeach w Nowym Joru i jego kulturalny życiu w ogóle. Ogólnie tragedii jednak nie było, bo udało się pogadać trochę o Korei Północnej, którą się swego czasu dość mocno interesowałem i o Hitchensie (1949-2011, amerykański pisarz, dziennikarz i krytyk literacki – red.) , którego czytam, a którego oni oczywiście znają i uwielbiają. Generalnie czułem się, jakbym wskoczył w scenę z filmu Woodego Allena, w której rozmawia się o bieżących sprawach kultury Nowego Jorku - naprawdę piękne uczucie i nim starałem się upajać (oprócz upajania się pyszną kolacją przygotowaną przez Kathy i prosecco kupionym przez Emily).
Potem wróciliśmy do domu, gospodarze udali się na zasłużony odpoczynek, a ja do pobliskiego kluczy Cleopatra koncert jazzowy.

Jazz i piwo za 9 dolców


Ewidentnym liderem zespołu, który prowadził cały koncert, był pianista. Naprawdę był fajny i czuło się, że stara się zachęcić pozostałych do zaangażowania i improwizacji. Oprócz saksofonistki, zachęcał też perkusistę - młodego Murzyna - do tego stopnia, że przy jednym z utworów, nie mogąc go zmotywować do solówki, odszedł po prostu od fortepianu i wtedy chłopak dał z siebie naprawdę sporo. W tej właśnie knajpie zapłaciłem 9 dolców za piwo, było to najdroższe piwo, jakie piłem w życiu.
Marek Bartnikowski




Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB