Nasz człowiek w Ameryce (5): Central Park, czyli jak nie być turystą w wielkim mieście.

2015-10-09 15:02:08 (ost. akt: 2015-10-12 15:51:32)
Tutaj sobie pobiegałem i trochę się zgubiłem

Tutaj sobie pobiegałem i trochę się zgubiłem

Autor zdjęcia: Marek Bartnikowski

Marek Bartnikowski z Krakowa postanowił wybrać się na nietypową wycieczkę: przez całe Stany Zjednoczone. Marek ma 38 lat, pochodzi z Olsztyna, ale od kilkunastu lat mieszka w Krakowie, gdzie prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę informatyczną. Do USA pojechał za własne pieniądze, zdany na własną pomysłowość i przedsiębiorczość. Chciał poznać nie tylko Amerykę, ale i Amerykanów, zatem zaplanował, że będzie szukał noclegów w prywatnych domach w systemie tzw. couchsurfingu. Marek zgodził się, aby kolejne odcinki jego zapisków publikować w naszym serwisie. Dzisiaj część piąta.

Poranek zacząłem od przebieżki w Central Parku, czyli spełnienia jednego z marzeń tej podróży. Trafiłem na bieg przeciw rakowi. W sumie, gdybym sprawdził wcześniej, to może wziąłbym udział.

Zagubiony w parku


Tak czy inaczej biegłem sobie trochę z nimi, trochę sam. Najpierw dobiegłem na północny koniec parku, potem minąłem Reservoir (czyli największy zbiornik z wodą w parku) i udałem się dzikimi ścieżkami na południe. No i się zgubiłem. Myślałem, że zawróciłem i starałem się dobiec do Central Park West, ale jak zobaczyłem charakterystyczny wieżowiec, który widziałem poprzedniego dnia, nieco zwątpiłem i wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić, gdzie jestem. Byłem w najbardziej odległej części parku od domu, czyli znów przy zoo. Trochę się zmartwiłem, bo chciałem już wracać. Było trochę zimno, a nie byłem najlepiej ubrany. Cóż było robić? Wróciłem z małą pomocą telefonu. W sumie przebiegłem ponad 12 km.

Jak z książki


Central Park jest fantastyczny. Wszyscy się nim zachwycają i mają czym. Jest idealnie prostokątny o wymiarach ok 4x1 km i ogromnie zróżnicowany. Można biegać po asfaltowych drogach, po szutrze oraz po leśnych ścieżkach. Te ostatnie dostarczają pięknych wrażeń, gdyż będąc głęboko w parku prawnie nie słychać wielkiego miasta, które tuż obok nas tętni życiem. Słychać masę ptaków, są piękne jeziorka a nawet małe wodospady i bagna. A to wszytko w centrum jednego z najnowocześniejszych miast świata. Niestety nie zrobiłem zdjęć tych pięknych miejsc, bo biegałem i nie miałem czasu na zdjęcia. Może gdyby było cieplej - ale nie było.
Tuż przed moją wycieczką przeczytałem książkę Central Park. opisany był on tam dokładnie tak, jak wygląda w rzeczywistości. Na marginesie, to książkę kupiłem wyłącznie ze względu na jej tytuł. Bardzo porywająca nie była, ale przeczytać się dało.

Promem do statuy


Po bieganiu gospodarze zaprosili mnie na brunch, ale zrezygnowałem. Poszedłem z nimi jedynie na spacer przez Broadway av i wskoczyłem do metra, które zabrało mnie do stacji South Ferry, gdzie, jak można się domyślić, jest prom. Prom na Staten Island jest darmowy i przepływa dość blisko (choć mógłby bliżej) Statuy Wolności. Ponieważ każdy wie jak wygląda Statua Wolności, zrobiłem tylko okropne selfie na jej tle.

Udaję, że nie jestem turystą


Dobra, ale jak nie być turystą w wielkim mieście. Tutaj o to trudno, bo jak podaje wikipedia, New York jest jednym z najbardziej turystycznych miast świata. Co rok przyjeżdżają tu miliony turystów, którzy chodzą tymi samymi przetartymi ścieżkami i wykonują tysiące fotek. Typowy turysta ma aparat, plecak i mapkę, którą można znaleźć wszędzie. Ja tak nie lubię, więc starałem się raczej wtopić w tłum. Przede wszystkim nie zabierałem ze sobą plecaka. Następnie starałem się wczuć w nowojorczyków, w czym bardzo pomogło mi bieganie z nimi po Central Parku. Kolejna ważna sprawa, to swobodne poruszanie się w metrze i nieco nonszalanckie i szybkie zajmowanie miejsca w pociągu oraz (to ważne!) czytanie książki na telefonie/tablecie przez całą trasę. Tak robią tubylcy, turyści nerwowo sprawdzają każdą stację i wciąż gapią się w plan metra. Ja spokojnie sprawdzam trasę na komórce (mam mapę offline, w telefonie, więc działa w metrze) i wiem kiedy wysiąść bez nerwowego rozglądania się po pociągu. Ważne też jest swobodne poruszanie się ulicach. Należy chodzić niezbyt szybko, raczej spacerkiem, i rozkoszować ruchem ulicznym i tętniącym życiem miastem. Oczywiście to wszystko piszę z przymrużeniem oka, jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował.

Po prostu połazić


Tak czy inaczej, zastanawiałem się też sporo nad samym zwiedzaniem miasta. Oczywistym jest, że takie miejsce jak NY posiada niezliczoną liczbę atrakcji, które można by zwiedzać pewnie przez rok a i tak wszystkiego się nie zobaczy. Czy warto wypruwać z siebie flaki i starać się zobaczyć tak dużo jak się da, kiedy spędza się tutaj, jak w moim przypadku, tylko 4 pełne dni? Szczerze mówiąc, najprzyjemniejsze były dla mnie te chwile, kiedy po prostu spacerowałem po parku i ulicach. Fajnie też było szukać tej ławki Woodego Allena. Świetne były wieczory z rodzicami Sashy, kiedy po prostu rozmawialiśmy do późna. Dla mnie takie spędzanie czasu stanowi większość wartość niż nabawianie się żylaków podczas oglądania ogromnych zbiorów obrazów, rzeźb, grafik i innych prac. Jednak kiedy poszedłem do Intrepid (lotniskowiec, który brał udział w drugiej wojnie światowej), pierwszą myślą było: "takie muzea trzeba zwiedzać". Po dwóch godzinach łażenia, kiedy nogi już odmawiały posłuszeństwa, nie byłem już pewny, czy było warto. Turysta ma ciężko. Na szczęście kolejne miejsca nie oferują już tak wiele jak NY, więc łatwiej będzie ich nie zwiedzać, bez nadmiernego poczucia winy. O Intrepid za chwilę, bo warto.
Tak więc, kiedy zaliczyłem już punkt obowiązkowy dla turysty, czyli prom na Staten Island, udałem się na spacer wschodnim wybrzeżem Manhattanu. Niedaleko promu jest lądowisko dla helikopterów, gdzie za drobną opłatą $150, można zaliczyć 15-minutowy lot nad Manhattanem. Jednak nie skorzystałem. Tak czy inaczej, helikoptery robią wrażenie, bo jest tam ich chyba z 10 sztuk i co chwilę startują i lądują, w ogóle nie wyłączając silników.

Bogaci w helikopterze, biedni pod mostem


A'propos helikopterów, Emily stwierdziła, że ich nie lubi, bo lata ich za dużo nad Manhattanem. Dowożą bogatych ludzi do pracy. Faktycznie od cholery tego lata. W sumie to się nie dziwię bogatym. Dobrze jest mieszkać w jakimś pałacyku nieopodal i zamiast się męczyć w samochodzie i metrze przez godzinę lub dłużej, można przylecieć do pracy w ciągu 15 minut.
Niedaleko lądowiska znajduje się most Brooklinski. Jeśli już mowa o mostach, to tutaj zupełnie innego, bardziej dosłownego znaczenia, nabiera zwrot "mieszkać pod mostem". Zobaczcie zdjęcie - taki obraz udało mi się uchwycić dosłownie 20 metrów od Wall Street.

Na Manhattanie najciemniej


W całej swej wspaniałości Manhattan ma jedną wadę dla osób tu mieszkających. Jest tu ciemno. Ogromne budynki, które stoją jednen przy drugim, powodują, że ilość światła docierająca do niższych kondygnacji budynków jest naprawdę niewielka. Sam mieszkałem kiedyś w ciemnym mieszkaniu w Krakowie i wiem, że jest to wyjątkowo nieprzyjemne. Tutaj zyskuje to nowe oblicze, bo oprócz wspomnianej wcześniej ciasnoty między budynkami, jest jeszcze kolejny aspekt, czyli maksymalizacja wykorzystania dostępnej przestrzeni. Powoduje to wciskanie mieszkań w każdą dostępną przestrzeń budynku. Wiele mieszkań jest położonych w związku z tym poniżej poziomu ziemi, wiele ma okna gdzieś na tyłach budynku ze ścianą innego domu w odległości 5 metrów (tak było w mieszkaniu, które zajmowałem, choć ono było fajne i w miarę jasne). George uważa, że to szaleństwo płacić miesięcznie $3000 za ciemną i czasem wilgotną klitkę. Nie mnie to rozstrzygać, ale daje to do myślenia.
To, co zwróciło moją uwagę, to system przeciwpożarowy. Każdy budynek ma wyprowadzone na zewnątrz rury, do których w razie potrzeby może podłączyć się straż pożarna. Bardzo je polubiłem. Można by zrobić fajną wystawę fotograficzną "Rury Manhattanu".
Potem trafiłem na polską paradę na 5th av. Polonia z Nowego Jorku maszerowała ulicą i puszczała Golców na cały regulator. Zapytałem faceta, który sprzedawał polskie flagi, z jakiej to okazji i dowiedziałem się, że dzisiaj (to było 4 października) jest dzień niepodległości w Polsce, stąd parada. Zrobiłem parę zdjęć i poszedłem dalej.

Niewidzialne stacje metra


Najgorszym doświadczeniem w Nowym Jorku dla mnie były koszmarnie oznaczone wejścia do metra. Właściwie w ogóle nie były oznaczone. Zdarzyło mi się parę razy, że google maps pokazywało mi, że jestem dokładnie w miejscu, gdzie jest wejście. Szukałem, kręciłem się i nie mogłem znaleźć. Potem się np. okazywało, że byłem 5 metrów od wejścia. W Londynie przy każdym wejściu do metra stoi słup odpowiedniej wysokości z symbolem metra, który widać z 50 metrów. A tutaj nic. Jest tylko zielona barierka wysokosci 80 cm i jak jesteś pierwszy raz w danym miejscu, to naprawdę możesz przejść tuż obok i w ogóle nie zorientować się, gdzie jest to cholerne wejście. Raz wyprowadziło mnie w pole google maps. Pokazywało mi wejście w bardzo konkretnym miejscu, więc (nauczony wcześniejszym doświadczeniem, że wejście jest schowane) szukam, chodząc w kółko. Nie ma. No po prostu schowali. Już nawet wszedłem do biblioteki, przy której to wejście miało być, ale tam też nie ma. Było jakieś 30 metrów dalej (wcześniej przechodziłem ok. 10 metrów obok) schowane za niskim płotkiem, którym ogrodzone były jakieś prace budowlane. Masakra.

Trochę ekonomii


Dowiedziałem się ciekawej rzeczy o podatkach. Rozmawiałem z Colinem o kosztach utrzymania ich mieszkań. Zainteresowałem się tym, bo raz, że sam mam kilka mieszkań, lubię nieruchomości, jestem ciekawski, a poza tym zastanawiałem się, ile kosztuje utrzymanie mieszkania, w którym jest portier 24 godziny na dobę. W sumie, żeby zapewnić ciągłość pracy, w kamienicy pracuje aż sześciu portierów i każdy przecież zarabia pewnie nie najgorzej. Rozmawiałem również z portierami (nie o zarobkach rzecz jasna) - od razu daje się zauważyć, że to zwykli, prości ludzie, którzy cieszą się z wykonywanej pracy. Dodać należy, że są naprawdę mili i bardzo pomocni. Jednym z ich obowiązków (chyba to obowiązek, a może tak sami z siebie) jest to, że jak zobaczą któregoś z lokatorów zbliżających się do budynku, niezwłocznie otwierają drzwi i witają uśmiechem. Tak więc, mieszkańcy kamienic na West End av (i wielu innych) mogą się czuć trochę jak szlachta, a na pewno taka pozycja ich nobilituje (co, nie ukrywam, czuć).
Dobra, ale miało być o podatkach. Otóż przed wyjazdem z Polski dowiedziałem się, że w USA istnieje złodziejski podatek od nieruchomości - co rok trzeba płacić ok 2,7% wartości nieruchomości. Nazywa się to property tax i jest odpowiednikiem planowego u nas podatku kastralnego. Biorąc pod uwagę ceny nieruchomości na Manhattanie, można sobie łatwo wyobrazić, jakie te podatki są. Na piętrze, na którym mieszkałem, jest do sprzedania mieszkanie, na oko 80m2, za $1,5 MLN. Czyli rocznie do zapłaty samego podatku $40.000, czyli mniej więcej równowartość niezłej kawalerki w Krakowie. Zacząłem się zastanawiać, jak bogaci ludzie tu mieszkają, że stać ich na płacenie takich podatków. Okazuje się, że ten system podatkowy został mi przedstawiony w formie uproszczonej. Owszem, płacą ten podatek co miesiąc, ale potem odliczają w rozliczeniu rocznym PIT. Nie wiem dokładnie, jak to się odlicza, ale Colin powiedział, że prawie w całości. No więc, czy faktycznie w tych Stanach mają wysokie podatki? Jeszcze temat będę drążył, ale wydaje się, że nie jest tak źle (i pewnie lepiej niż naszej kochanej EU).

Podatek widoczny, świadomość wyższa


Jeszcze jedna uwaga o podatkach. W Polsce osoba, która jest zatrudniona na umowę o pracę u jednego pracodawcy, realnie rzecz biorąc nie ma bladego pojęcia jakie płaci podatki. Pracodawca ją rozlicza i nawet PIT wysyła do US (do Urzędu Skarbowego, nie do USA. Zapytajcie kogokolwiek, kto jest w takiej sytuacji, ile zapłacił podatku dochodowego w poprzednim roku. Jestem przekonany, że nie będzie wiedział. Tutaj sprawa ma się inaczej już w sklepie. W sklepach w USA ceny są podawane netto (czyli bez podatku od towarów i usług - odpowiednik naszego VAT). Dla Europejczyka wyda się to bez sensu, bo idzie do sklepu, kupuje coś za $10 a płaci prawie $11. Niby bez sensu, bo na cholerę tak kombinować. Jednak dość szybko doszedłem do wniosku, że to jest naprawdę dobry system, który uświadamia podatnikom, że podatki istnieją i że w sklepie płacimy właścicielowi ORAZ dodatkowo stanowi. U nas wszystko jest w jednym worku, a pomysł bodaj sprzed 10 lat, żeby pracodawca rozliczał obowiązkowo pracownika, który deklaruje, że to to jego jedyne źródło dochodu, przypomina mi czasy, które znam tylko z opowieści rodziców, kiedy to człowiek dostawał pensję i koniec. Żadnych podatków, rozliczeń corocznych itd. Mówię o czasie sprzed 1989 roku. Może właśnie ta świadomość podatków w USA powoduje, że w amerykańskich filmach często słyszymy, że jedyne co pewne w życiu to śmierć i podatki. W Polsce nigdy nie słyszałem, żeby ktoś inny niż przedsiębiorca rozmawiał o podatkach. Może ktoś ma jakieś przemyślenia na ten temat albo może coś dodać lub mnie sprostować, jeśli coś namieszałem? Zapraszam do komentowania.
Dodam jeszcze, że Colin płaci ok $3000 miesięcznie za utrzymanie swoich mieszkań (kwota zawiera podatek). Do tego ma też hipotekę, ale i tak mówi, że to taniej niż wynajmować.

Wieczór spędziłem u gospodarzy. Emily upiekła kurczaka, który był wyśmienity, do tego gotowana fasolka i młode ziemniaczki. Delicje (od angielskiego delicious. Potem siedzieliśmy i gadaliśmy o życiu. Bardzo przyjemnie spędzam czas z gospodarzami. Ubolewam jednak nad moim angielskim, choć już lepiej rozumiem co do mnie mówią. Na początku w ogóle nie mogłem zakumać, w szczególności tego co mówił Colin swoim niskim, spokojnym głosem. Nie wiem czy to związek, ale Colin jest Anglikiem, który mieszka w Stanach od bardzo wielu lat.


Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB