Nasz człowiek w Ameryce (8): Ameryko - mam cię. Tu jesteś, w Toledo.

2015-10-19 12:39:36 (ost. akt: 2015-10-19 12:40:50)
W garażu z Ralphem i jego psem

W garażu z Ralphem i jego psem

Autor zdjęcia: Marek Bartnikowski

Marek Bartnikowski z Krakowa postanowił wybrać się na nietypową wycieczkę: przez całe Stany Zjednoczone. Marek ma 38 lat, pochodzi z Olsztyna, ale od kilkunastu lat mieszka w Krakowie, gdzie prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę informatyczną. Do USA pojechał za własne pieniądze, zdany na własną pomysłowość i przedsiębiorczość. Chciał poznać nie tylko Amerykę, ale i Amerykanów, zatem zaplanował, że będzie szukał noclegów w prywatnych domach w systemie tzw. couchsurfingu. Marek zgodził się, aby kolejne odcinki jego zapisków publikować w naszym serwisie. Dzisiaj część ósma.

Toledo, stan Ohio. Sporo czasu tu spędziłem. I od razu podkreślę, że było to najbardziej amerykański czas, jaki zaznałem w USA do tej pory. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że Ralph i Janice to zwykli amerykańscy obywatele, których spotykamy w amerykańskich filmach (ale nie tych o superbohaterach). Niestety przez pryzmat ludzi z couchsurfingu trudno trochę odczuć klimat "zwykłych" ludzi. Osoby, które otwierają swój dom dla obcych, już z definicji nieco odstają od normalności (akurat w pozytywnym znaczeniu, ale wciąż odstają). Umówmy się - przeciętny człowiek (z jakiegokolwiek by nie był kraju) nie podróżuje jak wariat po świecie, nie szuka znajomości w międzynarodowym towarzystwie, nie interesuje się przesadnie kulturą obcych narodów. Przeciętny człowiek wybierze się na wakacje na Majorkę (Amerykanin z USA na wyspy Bahama) zamiast wpychać się z buciorami do cudzych domów. Nieprawdaż?
Oczywiście uwielbiam couchsurferów, sam jestem jednym z nich, ich otwartość i ciekawość świata. Zauważyłem też, że couchsurfing uprawiają ludzie raczej wykształceni i oczytani. Uwielbiam spędzać czas w takim towarzystwie, jednak daje ono zawsze perspektywę kraju (miasta, otoczenia itp) z punktu widzenia pewnej klasy społecznej. Oczywiście sam poruszam się w podobnym otoczeniu w Polsce, ale nie są mi obce zwyczaje zwykłych ludzi. Posiadam rodzinę na wsi i nie wszyscy moi dziadkowie byli osobami wykształconymi. Wiem, że nie wszystkie domy są zawalone książkami. Nie wszyscy mogą być być programistami i dziennikarzami. Dlaczego uważam, że ten czas spędzony w Toledo był najbardziej amerykański? Dlatego, że tutaj spotkałem ludzi, którzy są zwyczajni i prawdopodobnie reprezentują 80-90% społeczeństwa. To właśnie dało mi prawdziwy (w mojej opinii) pogląd na to, jak jest w Ameryce. A jest, jak niżej...

Autobusem z Cleveland do Toledo, OH


Mój autobus potężnie się spóźnił. 1.5 godziny to trochę długo, tym bardziej, że wszystkie poprzednie też były spóźnione. Nie jest prawdą (o czym pisał Marcin w komentarzu), że autobusami podróżują tylko biedni, a bogaci latają samolotami. Nie ma kompletnie sensu lecieć samolotem z Cleveland do Toledo, bo jest po prostu za blisko - tylko 2 godziny w autobusie. Oczywiście takie odległości większość Amerykanów pokonuje samochodami, więc w autobusach na takich trasach spotykamy raczej przypadkowe osoby, ale niekoniecznie biedne. Z kolei podróż autobusem z Chicago do San Francisco kosztuje więcej niż samolotem, więc tutaj też nie jeżdżą biedni. Obserwuję bacznie otoczenie i nie zauważyłem w autobusach oznak jakiejś strasznej biedy. Normalni ludzie, choć oczywiście nie prezesi spółek giełdowych.

Amerykański samochód Ralpha


Toledo oglądane przez pryzmat dworca autobusowego to bardzo małe miasteczko. Dworzec, wielkości tego w Olsztynie, świecił pustkami. Za chwilę jednak podjechał Ralph swoim nowiutkim (w końcu prawdziwie amerykańskim!!) GMC. Piękny samochód. Kosztował tylko $30.000.
Pojechaliśmy od razu do Frankenmuth, MI ok 100 mil od Toledo na koncert zespołu, w którym gra syn Ralpha - Chris Bartnikowski. Niezła zbieżność nazwisk, co?
Słowo wyjaśnienia, dla tych, którzy nie wiedzą skąd się wziąłem w Toledo, OH. Kilka lat temu mój ojciec otrzymał zaproszenie do kontaktu na fejsbuku od niejakiego Ralpha Bartnikowskiego z USA. Po prostu zbieżność nazwisk, nie znaleźliśmy pokrewieństwa, choć też jakoś głęboko nie szukaliśmy. Oczywiście też zostałem znajomym Ralpha na fejsie i tyle. Czasem złożyliśmy sobie jakieś życzenia z okazji urodzin, czasem ktoś skomentował zdjęcie itp. Ralph czasem zagadywał mojego ojca, że jeśli tylko będzie w USA, to koniecznie musi go odwiedzić. Więc jak już kupiłem moje bilety do Stanów, zapytałem wprost Ralpha, czy chciałby mnie zobaczyć i zaprosić do siebie na kilka nocy. Ralph skonsultował sprawę z żoną i napisał, że jestem mile widziany. W ten sposób znalazłem się w Toledo, OH na cztery noce. Niezła historia, co?

Prawie jak u rodziny


Powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem Ralpha i Janice. Naprawdę, bez żadnej ściemy i przymilania się. Mało osób zdecydowałoby się przyjąć pod swój dach obcego. Przyznali się zresztą szczerze, że stresowali się nieco moim przyjazdem, bo nie wiedzieli czego się spodziewać. Ja podobnie. Jadąc do kogoś z couchsurfing wiadomo, mniej więcej (raczej mniej niż więcej) czego się spodziewać. Tak czy inaczej myślę, że wszyscy stanęli na wysokości zdania - zarówno ja, jak i Ralph z Janice.
Pojechaliśmy zatem na koncert. Podróż przebiegła bardzo przyjemnie, był czas żeby poznać się nawzajem. Jechaliśmy 2 godziny ok 160 km autostradą. Na amerykańskich autostradach wszyscy jadą w tym samym tempie 75mph (120 kmh). Ralph był w niezłym szoku jak się dowiedział, że w Polsce na autostradzie ograniczenie wynosi 140 kmh. Ale już w to, że wiele osób jeździ 180 kmh, już kompletnie nie mógł uwierzyć. Nigdy w życiu nie jechał tak szybko. Po prostu nigdy. Amerykanie jeżdżą tak, jak każą przepisy. Naprawdę nie wiem, jak oni to robią. Czy chodzi tu o wysokość mandatów? Chyba nie tylko.
Jadąc autostradą, przejeżdżaliśmy obok jakiegoś więzienia. Na autostradzie, były rozstawione (na stałe) tablice: "To są okolice więzienia - nie zabieraj autostopowiczów". Strasznie mi się spodobały, ale nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Szkoda.
Druga ciekawostka - przejeżdżaliśmy obok największego na świecie sklepu z ozdobami bożonarodzeniowymi. Sklep otwarty przez cały rok! I, o dziwo, nie narzeka na brak klientów. Dokładnie mają napisane, że są otwarci 361 dni w roku. Takie rzeczy tylko w Stanach, co?

Bartnikowski gra na bębnach


We Frankemuth rozstawiono namiot pod którym odbywał się koncert. Była to akcja charytatywna, z której dochód był przeznaczony na upośledzone dzieci. Pod namiotem rozstawiono stoły, ludzie jedli, pili i się bawili.
Ralph od razu kupił mi piwo (sprzedawali jakiegoś delikatnego lagera) a potem poszliśmy kupić talony na jedzenie. Ja wybrałem kurczaka, nie bardzo wiedząc czego się spodziewać. To, co otrzymałem, nieco mnie zdziwiło.
Chwilę grała jakaś kapela, a potem zaczął się koncert grupy Chrisa. Kapela nazywa się The Rock Show Band, można ich znaleźć na stronie therockshowband.com. Chłopaki grają covery różnych kapel rockowych i przy okazji przebierają się za gwiazdy, których utwory wykonują. Dostaraczają naprawdę świetnej zabawy publiczności i sami doskonale się przy tym bawią. Nie tylko grają i śpiewają na scenie, ale też wychodzą chętnie do ludzi, chodzą po stołach, wzbudzając ogólną radość i poruszenie (szczególnie wśród niewiast, które piszczą na ich widok). Zostali niedawno zaproszeni na kilka koncertów do Las Vegas, co jest ponoć całkiem niezłym wyróżnieniem - w Vegas grają tylko zaproszone kapele. Miałem prawdziwą przyjemność poznać wszystkich członków zespołu - wszyscy nadzwyczaj mili i otwarci (a przy okazji wszyscy z polskimi korzeniami).
Od Chrisa dostałem na pamiątkę pałeczki perkusisty - naprawdę fajny gest.
Do domu wróciliśmy dość późno, bo 30 minut po północy, ale siedzieliśmy jeszcze do drugiej popijając piwo, whisky i wesoło gaworząc.

Mieszkanie po amerykańsku


To może w tym miejscu parę słów o amerykańskich domach. Zauważyłem, że Amerykanie nie mają bzika na punkcie swoich domów, tak jak to jest w Polsce. Wszędzie gdzie byłem normalne jest, że chodzi się po domu w butach. Nie tylko w Toledo, ale również w apartamentach na Manhattanie. Po prostu nikt tu nie zdejmuje butów i teraz już rozumiem, dlaczego moi amerykańscy goście też nie zdejmowali butów u mnie w domu. Kolejna rzecz jest taka, że domy i mieszkania nie są wypucowane i wykończone na wysoki połysk. Nie chodzi o to, że są zaniedbane, ale widać, że raczej korzystają z nich jak z "urządzeń do mieszkania". W Polsce, mam wrażenie, ludzie trochę mają bzika na punkcie mieszkań i domów, w których mieszkają. U nas wszędzie muszą być super kafelki w łazienkach, glazura na ścianach, parkiety na podłogach itp. Tutaj prawie nie ma takich rzeczy. Na podłogach w mieszkaniach królują grube dywany - wszędzie poza kuchnią i łazienką. Naprawdę grube - można się w nich zapaść podczas chodzenia. W łazience nie spotkałem płytek na ścinach (poza Manhattanem). Domy są w znakomitej większości zbudowane zbudowane w technologii szkieletowej. Murowany dom to tutaj wyjątkowa rzadkość. Mają też bzika na punkcie moskitier w oknach. Wszędzie, gdzie mieszkałem, były moskitiery we wszystkich oknach w domu, które się otwierały. A jak już o otwieraniu mowa, to bardzo podoba mi się tutejszy system otwierania okien - przesuwanie, zamiast otwierania do wewnątrz jak w Polsce, co przecież ogromnie zużywa przestrzeń. W każdym domu znajduje się również pralka (5 razy pojemniejsza niż w Polsce) oraz (na boga, ja też chcę!!) suszarka do ubrań. Czemu w Polsce nie jest to tak popularne? Wyciąganie suchego prania, jest zdecydowanie wygodniejsze niż rozwieszanie mokrych gaci po całym domu, co jest prawdziwą zmorą, szczególnie polskich mieszkań. U mnie prawie zawsze wisi mokre pranie na suszarce na środku pokoju. Cóż, spróbuję może kupić pralko-suszarkę, ale nie wiem czy to zadziała, bo ich suszarki mają wyprowadzoną rurę odprowadzającą wilgotne powietrze na zewnątrz.
Inaczej też ścielą łóżka. Pierwszy raz nie bardzo wiedziałem jak spać :) Działa to tak, że na prześcieradle, kładą kolejne prześcieradło, a na to jeszcze koc. Należy się położyć pod tym drugim prześcieradłem i przykryć dodatkowo kocem (ja tak śpię u Ralpha, ale pisząc te słowa już nie jestem całkiem pewny, czy tak trzeba).

Garaż, królestwo Ralpha


No, ale oprócz domu, prawdziwy Amerykanin ma również garaż. Garaż to królestwo mężczyżn. Nie chodzi o trzymanie tutaj samochodu. Ralph w garażu ma: telewizor, kasety wideo, półkę z napojami (cola, fanta i oczywiście whisky), wygodne krzesła, stolik. Cóż potrzeba więcej, żeby się zrelaksować wieczorem?
Spędziliśmy tam z Ralphem sporo czasu popijająć pyszne, orzeźwiające napoje i rozmawiając o ważnych kwestiach dotyczących gospodarki polskiej i amerykańskiej. Skupialiśmy się na szukaniu różnic i podobieństw w życiu w naszych krajach. To był naprawdę przyjemny czas.

Jedzenie - nie jest jednak tak kolorowo


To teraz trochę więcej prawdy o jedzeniu. Toledo przekonało mnie, że jednak przyzwyczajenia żywnościowe Amerykanów nie są najlepsze. Ewidentnie tutaj, w głębi USA, da się zauważyć więcej ludzi z nadwagą niż np. na Manhattanie. W ogóle cały ten Nowy Jork jest inny - w szczególności Manhattan. Rację miała Emily, kiedy powiedziała, że tutaj w Toledo zobaczę prawdziwe Stany.
Obiad na koncercie był dość smaczny, ale po pierwsze potwornie wielki, a w dodatku podano jakiś strasznie tłusty sos (którego nie zjadłem) i coś na wzór sałatki colesław, też strasznie tłustej. I tak, jak na Manhattanie faktycznie prawie wszyscy byli bardzo szczupli, tak tutaj, na koncercie, ze świecą można było szukać szczupłych ludzi.
Na śniadanie Jenice zaserwowała nam pyszne placki. Naprawdę smaczne i jednocześnie bardzo kaloryczne. Bardzo dużo je się tutaj burgerów. Dla mnie to gratka, bo zawsze coś innego niż w Polsce, ale jednocześnie trzeba przyznać, że nie jest to najzdrowsze jedzenie na świecie. Tym bardziej, że najczęściej burger ma dodatkowo w środku ser i opakowany jest w białe pieczywo z wysoko przetworzonej mąki. Burgery grillowaliśmy z Ralphem przy garażu i potem jeszcze u Heather, córki Ralpha. To jedzenie naprawdę mi smakowało i zastanawiałem się, jak ja bym się odżywiał, gdybym mieszkał tutaj. Przy takiej ilości smażonych kiełbasek, bekonu, burgerów i słodyczy, musiałbym chyba biegać 7 razy w tygodniu, żeby utrzymać wagę, tylko już na wspinanie nie starczyłoby mi czasu (Marek uprawia wspinaczkę skałkową - red.). Moim zdaniem, najpoważniejszym błędem jest tutaj obfite, tłuste śniadanie, potem w zasadzie żadnego jedzenia aż do wieczora, a następnie obfita kolacja (też dość tłusta). Nie wiem, czy to faktycznie wpływ McDonald's i tego typu restauracji, ale na pewno taki sposób żywienia, to pójście na łatwiznę. Choć z drugiej strony, mniej czasu zajmuje przygotowanie czterech kanapek z razowego chleba z chudą wędliną i pomidorem (moje standardowe śniadanie w Polsce), niż smażenie kiełbasek czy placków. Czyli może raczej nawyki, a nie pójście na łatwiznę.

Lokal wprost z Pulp Fiction


Jednego ranka Ralph i Janice zaprosili mnie do typowej amerykańskiej restauracji na śniadanie. Miejsce przecudne, wprost z Pulp Fiction, tylko trochę mniejsze. Zamówiliśmy śniadanie - ja jajka sadzone, coś tam z ziemniaków (nie wiedziałem, co to będzie), kiełbaski i tosty i kawa.
Jajka pyszne, kiełbaski też (lubię strasznie te krótkie, białe, smażone kiełbaski), ziemniaki starte na grubej tarce i usmażone, tosty niestety z ogromną ilością masła (już posmarowane). Dla mnie trochę to wszystko za tłuste i do tego porcja tak ogromna, że nie dałem rady zjeść całości.
Czytałem wczoraj artykuł na stronach National Geographic na temat problemów żywieniowych Amerykanów. Jako główną przyczynę otyłości podają właśnie wysoko przetworzone jedzenie i ogromny dobrobyt w jakim pławi się Ameryka. Jednak główny problem, to przyzwyczajenia i nawyki. W sklepach naprawdę jest wszystko, absolutnie wszystko, żeby odżywiać się super zdrowo i mieć BMI na poziomie 20-22. Powiem szczerze, że przykro mi było patrzeć, jaki dyskomfort dla wielu osób stanowi ich nadwaga. Rozumiem też to, że trudno zauważyć u siebie ten problem, kiedy wszyscy dookoła mają podobnie. Gdybym był osobą odpowiedzialną za zdrowie w kraju czy stanie, prowadziłbym stałą kampanię o zdrowym odżywaniu w środkach masowego przekazu. Pewnie byłoby to kosztowne, ale mogłoby przynieść rezultaty.
Chyba Platon powiedział, że nie istnieje coś takiego jak zło na świecie i wszystkie złe uczynki są odbiciem jakiegoś rodzaju niewiedzy. Prawdopodobnie tutaj może być ten sam problem. Ludzie po prostu nie wiedzą. Przykre jest też to, że w Polsce zaczyna się podobny trend - ludzie stają się coraz grubsi. W klasach moich synów spora grupa dzieci ma nadwagę będąc w wieku 7-9 lat. To naprawdę niepokojący problem. W USA otyłość została uznana za epidemię, a jak tak dalej pójdzie, stanie się pandemią.

Wózek dla inwalidy


Jest jeszcze jedna rzecz, które nie od razu zwróciła moją uwagę. Jako, że Ralph miał problemy ze stawami i jest po zabiegu, posiada uprawnienie do parkowania na miejscu dla inwalidów. W Polsce zawsze mnie drażni to, że te miejsca przy marketach świecą pustkami, ja muszę szukać gdzieś daleko. Drażni mnie, a powinno cieszyć. Tutaj na parkingach, większość miejsc dla inwalidów jest zajęta - a trzeba dodać, że jest ich proporcjonalnie więcej niż u nas. Wiele razy parkowaliśmy na standardowych miejscach parkingowych, bo wszystkie dla inwalidów były zajęte. Niestety inwalidztwo wynika często z otyłości. Mój kolega - ortopeda - kiedyś mi opowiadał, że bardzo go irytuje, kiedy ludzie z nadwagą pytają go o przyczyny problemów ze stawami i kręgosłupem. Mówi, że dla wielu osób wystarczyłoby napisać na recepcie: mniej jedz. Niestety po pewnym czasie to już nie wystarcza i wtedy zaprasza ich na salę operacyjną. Potem zajmują oni miejsca oznaczone na niebiesko i tak to się kręci.
To, czego jeszcze w Polsce nie ma, to elektryczne wózki inwalidzkie w sklepach. Zapytałem kiedyś (jeszcze przed wycieczką do USA) Amerykanina o te wózki, bo słyszałem, że są specjalnie dla ludzi otyłych. Odpowiedział, że są dla inwalidów, ale faktycznie używane są przez osoby ze znaczną nadwagą. Z drugiej strony nadwaga staje się tożsama z niepełnosprawnością, więc słusznie ich używają.
Powiem szczerze, że wcześniej śmiałem się z opowieści o otyłych Amerykanach, ale biorąc pod uwagę powagę problemu oraz to, że u nas idzie w tym samym kierunku, dochodzę do wniosku, że chyba nie bardzo jest się z czego śmiać.
Tak więc na koniec odezwa do wszystkich (Amerykanów i Polaków również): mniej smażenia, więcej warzyw, mniej białego pieczywa, więcej ciemnego, mniej słodyczy i więcej owoców.

Nawigacja po amerykańsku


Jak już wspominałem, Ralph ma pięknego, nowego SUV-a GMC. Naprawdę auto zrobiło na mnie wrażenie. W samochodzie miał zainstalowany system, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałem. Służył do komunikacji i nawigacji. Działa to tak, że wciska się guzik i następuje połączenie z jakimś call center. Na początku komendami głosowymi trzeba wybrać opcję (np. dial). System pyta o numer, numer mu się dyktuje i następuje połączenie telefoniczne z podanym numerem i gada się normalnie przez zestaw głośnomówiący samochodu, do czego nie jest potrzebny telefon. Samochód na stałe ma wbudowany telefon komórkowy i kartę SIM. Druga opcja, to prośba o nawigację. Tutaj następuję połączenie z miłą panią i podaje jej się adres. Pani przyjmuje zamówienie i wysyła do samochodu instrukcje, które pojawiają się na wyświetlaczu (tylko strzałki typu za 1km w prawo itp i samochód gada, mapa się nie pokazuje). Kolejną opcją jest możliwość natychmiastowego wezwania pomocy guzikiem SOS. Jeśli samochód zostanie skradziony, można zadzwonić do General Motors na specjalną infolinię i poprosić o unieruchomienie samochodu (o ile złodziej wcześniej nie wyłączy tego systemu) oraz oczywiście uzyskać informację, gdzie samochód się znajduje. Całkiem ciekawe rozwiązanie, z tego co mówi Ralph dostępne tylko w samochodach grupy General Motors. Działanie systemu wymaga opłaty rocznego abonamentu. Usługi abonamentowe dominują świat. Przy okazji - czy wiecie, że w Stanach są jeszcze wypożyczalnie DVD i kaset video? Tylko że upadają przez Netflix. Tutaj każdy ma netflix i ponoć do kin też już ludzie przez to nie chodzą i w ogóle już nigdzie nie muszą wychodzić z domu.

Z bronią w ręku


Ralph zapytał mnie czy w Polsce mamy dużo przestępczości. Powiedziałem mu, że jak wszędzie (czyli w sumie bez sensu odpowiedź). Kilka dni później pokazał mi lokalną gazetę.
Oglądałem też lokalne wiadomości, w których było bardzo dużo informacji o różnych bandziorach i ich wyczynach. I to tylko w Toledo (ok 300 tys. mieszkańców). Zacząłem dopytywać Ralpha i dowiedziałem się, że napady z bronią i zabójstwa są w zasadzie na porządku dziennym i oni faktycznie boją się jeździć do niektórych dzielnic po zachodzie słońca. Myślałem z początku, że trochę przesadzają, ale Ralph mówi, że takie akcje z bronią, w mieście o połowę mniejszym od Krakowa, zdarzają się czasem 2-3 razy w tygodniu.
Napady, podpalenia, gwałty, zabójstwa - to ponoć norma w tak niewielkim mieście. Być może tutaj jest to bardziej nagłaśniane przez policję niż w Polsce, ale mi zmroziło krew w żyłach. Facet na zdjęciu, oznaczony jako 'Crime of the week' zabił dwie dziewiętnastoletnie osoby na parkingu, całkiem niedaleko domu moich gospodarzy. Być może to były jakieś ciemne sprawy związane z narkotykami, ale i tak nie jest fajnie, kiedy niedaleko domu ludzie do siebie strzelają.

Odwiedził mnie burmistrz


Jednego wieczoru miałem naprawdę sporo szczęścia. Siedzieliśmy u Ralpha popijając piwko i w pewnym momencie słyszę, że ktoś mówi, że przed domem na trawniku stoi burmistrz. Myślałem, że to jakieś żarty, a tu wchodzi starszy facet (77 lat, jak się później dowiedziałem), ale w świetnej kondycji, a z nim dwóch asystentów. Był burmistrzem Toledo przez dwie kadencje i postanowił kandydować ponownie. Poprosiłem o możliwość zrobienia zdjęcia, na co oczywiście ochoczo się zgodził. Nie słyszałem jeszcze, żeby w Polsce politycy działali w ten sposób. W sumie to mi się spodobało. Ile wysiłku trzeba włożyć i ile mieć odwagi, żeby chodzić od domu do domu i namawiać do głosowania. Następnego dnia ten facet był w telewizji w debacie kandydatów na burmistrza. Bardzo ciekawe doświadczenie.

Polskie korzenie


Nikt nie potrafił mi wyjaśnić, skąd to się wzięło, ale Toledo jest pełne ludzi polskiego pochodzenia. Jak zapewnia Ralph, jeszcze kilkanaście lat temu mieszkali w dzielnicy, w której byli wyłącznie ludzie polskiego pochodzenia. Mimo, że nie znają oni polskiego i w większości nie mają krewnych w Polsce, w jakiś sposób nawiązują do polskiej tradycji. Janice gotuje kapustę i białą kiełbasę (kupioną w sklepie z polskimi specjałami), używają też trochę polskich wyrazów, oczywiście w bardzo ograniczonym zakresie, bo nie miał kto ich nauczyć polskiego. Byli żywo zainteresowani konstrukcją swoich nazwisk i bardzo się cieszyli, kiedy tłumaczyłem, dlaczego wiele lat temu pan Zbierajewski został ochrzczony jako 'picker' oraz że Bartnikowski pochodzi od słowa Bartnik, które oznacza 'beekeeper', a Jakubowski, to nazwisko powstałe od imienia Jakub, czyli ich Jacoob. Pokazywałem zdjęcia zniszczonej podczas II wojy Warszawy i opowiadałem, jak to fajnie było za komuny, kiedy w sklepach było nic i po to nic stało się w kolejce (całą rodziną) 4 godziny. Sam pamiętam trochę te czasy. Byli też mocno zaskoczeni, kiedy opowiadałem, że teraz mamy w Polsce ten sam syf, który można znaleźć tutaj - czyli fastfoody, wielkie galerie handlowe, głupie programy w tv, mydlane opery, masę reklam na każdym kroku, popcorn, kina 3D i wiele innych wynalazków cywilizacji. Tylko trochę się dziwili, że ludzie zarabiają 500$, a samochody kosztują więcej niż tutaj, to samo z mieszkaniami. Jedzenie mamy jednak zdecydowanie tańsze.

Cztery piękne dni


Przyjaciel Ralpha, nawiasem mówiąc wspaniały facet, Frank Zbierajewski, był tak zachwycony moimi opowieściami o Polsce i w ogóle tym, że jestem z Polski, że na pożegnanie wyściskał mnie z pięć razy, zanim w końcu zdecydował się opuścić ogródek Ralpha.
Wydaje mi się, że moje polskie pochodzenie spowodowało, że byłem niezwykle miło witamy przez wszystkich znajomych i przyjaciół rodziny Bartnikowskich.
Spędziłem tutaj aż cztery dni i naprawdę trudno opisać wszystko co przeżyłem, bo gospodarze bardzo się starali, żebym się nie nudził i świetnie im to wyszło. Nie chcę też opisywać każdego ruchu dzień po dniu, bo będzie to po prostu nudne. Dodam, że byliśmy jeszcze na urodzinach jakiegoś dzieciaka z zaprzyjaźnionej rodziny. W oczy rzuca się to samo, co u nas. Prezenty, prezenty, prezenty. Dziewczynka dostała taką masę prezentów, że rozpakowywała je przez 25 minut (mierzyłem) Dobrobyt potrafi zabić radość z wymarzonego roweru, na który dziecko czeka z utęsknieniem przez kilka miesięcy. Niestety łapię się na tym samym w Polsce. Nie wiem, co kupić dzieciom na urodziny czy na gwiazdkę, bo przecież dzieciaki wszytko mają. Najlepiej im sprezentować więcej uwagi. Jak w książce, którą jakiś czas temu czytałem: Przychodzi sześcioletnia dziewczynka do ojca i pyta "Tato, ile zarabiasz dziennie". Ojciec trochę zdziwiony odpowiada "100 zł". Po miesiącu dziewczynka przychodzi do ojca i mówi "Tato, uzbierałam 100 zł. To dla ciebie, żebyś jutro nie musiał iść do pracy, został w domu i się ze mną pobawił".

Czas na dalszą podróż


Teraz siedzę w autobusie, który wiezie mnie dalej w głąb Stanów. Kolejny przystanek Columbus, również stan Ohio. Zobaczmy co przyniosą następne dni. W autobusie cały czas ktoś pali trawę - czuć jak cholera. Autobus pełen czarnych, co też daje do myślenia, bo w Toledo wcale dużo ich nie było. Dało się też odczuć, już wiele razy podczas mojego pobytu, że biali Amerykanie mają złą opinie o czarnych. Czarny jest synonimem złej dzielnicy, kradzieży, żerowania na opiece społecznej. Najlepsze co usłyszałem o czarnych to: "Obok nas mieszka kilka czarnych rodzin, ALE to porządni ludzie". Ja wciąż nie mam wyrobionego zdania o Murzynach w Ameryce. W sumie mało miałem okazji do rozmów z nimi.
Marek Bartnikowski

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB