Nasz człowiek w Ameryce (9): Na emeryturę do Lakewood

2015-10-20 12:28:03 (ost. akt: 2015-10-20 13:03:39)
Na tle gigantycznego statku na jeziorze Erie w Cleveland

Na tle gigantycznego statku na jeziorze Erie w Cleveland

Autor zdjęcia: Marek Bartnikowski

Marek Bartnikowski z Krakowa postanowił wybrać się na nietypową wycieczkę: przez całe Stany Zjednoczone. Marek ma 38 lat, pochodzi z Olsztyna, ale od kilkunastu lat mieszka w Krakowie, gdzie prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę informatyczną. Do USA pojechał za własne pieniądze, zdany na własną pomysłowość i przedsiębiorczość. Chciał poznać nie tylko Amerykę, ale i Amerykanów, zatem zaplanował, że będzie szukał noclegów w prywatnych domach w systemie tzw. couchsurfingu. Marek zgodził się, aby kolejne odcinki jego zapisków publikować w naszym serwisie. Dzisiaj część dziewiąta.

Autobus w Cleveland był bardzo czysty i prawie pusty. Jednak późniejsze wycieczki po Cleveland pokazały, że tutaj autobusami podróżowali bardzo normalni ludzie (i wciąż niezbyt grubi, choć parę grubasków spotkałem na swojej drodze). Cleveland ma niewiele do zaoferowania turystom i ludzie dziwili mi się, po co tu w ogóle jadę. W ogóle ponoć cały stan Ohio jest 'fucked', jak raczyła zauważyć Betsy. Czy taki jest rzeczywiście - to się może okaże, bo przypadkowo spędziłem w Ohio sporo czasu.

Ulice w szachownice i dom przy domu


Tak więc Cleveland, a konkretnie przedmieścia Cleveland, czyli miejscowość Lakewood, która, jak chwali się swoich couchsurfingowym profilu mój gospodarz, jest jedną z najlepszych małych miejscowości do mieszkania w USA i najlepszą (pierwsze miejsce w USA) do spędzenia czasu na emeryturze. Miejsce bardzo amerykańskie, takie jakie często widzimy na filmach. Ulice w szachownice i dom przy domu.
Dla mnie zaletą było to, że blisko był sklep, taki normalny, niewielki market. Niestety z tych BIO marketów, które oferują to samo co w nie-BIO tylko drożej (to moja opinia). Sklep był szczególnie przydatny, bo skończyła mi się nalewka z Polski (poza ostatnią butelką zarezerwowaną dla Ralpha), więc kupiłem wino, żeby nie wpadać z pustymi rękami.

Wielkie najmniejsze jezioro


Jesse okazał się miłym facetem w moim wieku, ogromnie zaangażowanym w couchsurfing. Cały dół domu ma przygotowany do przyjmowania gości. Są tutaj 3 łóżka i jedna sofa - łącznie może tu spać swobodnie 8 osób. Jesse ma instrukcję obsługi na ścianie, wszystko elegancko opisane, co robić, jak po sobie posprzątać, gdzie co jest, itp. Na ścianach mnóstwo listów od ludzi, którzy go odwiedzili. Przygotowane wszystko jak w hotelu.
Niestety Jesse nie mógł ze mną spędzić czasu, gdyż pracował w nocy i w dzień spał. Bardzo szkoda, głównie dlatego, że nie bardzo miałem z kim pogadać. Trudno.
Największe wrażenie w Cleveland zrobiło na mnie jezioro Erie. Jest to drugie najmniejsze z pięciu jezior wchodzących w skład wielkich jezior ameryki północnej. W tym roku wakacje spędziłem na wielkich jeziorach mazurskich, miałem więc nieco inne wyobrażenie wielkich jezior.
Jezioro Erie wygląda jak morze. Nie tylko dlatego, że nie widać drugiego brzegu, nie tylko dlatego, że całe miasto jest chronione falochronem i też nie tylko dlatego, że fale są jak na morzu i jezioro wygląda groźnie. Obrazu tego wszystkiego dopełniają gigantyczne statki, które u nas można zobaczyć tylko na morzu. Takie giganty, jakie uwieczniłem na zdjęciach, stoją zacumowane wzdłuż wybrzeży Cleveland.

Na ryneczku kupisz wszystko


Udałem się też na wycieczkę na ryneczek na którym handluje się świeżym jedzeniem. Czegoż tam nie było! Na szczęście byłem najedzony, więc nic nie kupiłem, poza tym nie miałbym i tak jak tego przyrządzić. Tutaj zdjęcia więcej oddadzą niż moje opisy, więc zapraszam. Oglądając, miejcie tylko na uwadze, że ja często słyszałem w Polsce, że w USA nie ma normalnego jedzenia, same przetworzone świństwo. Skąd takie brednie o tej Ameryce ci ludzie opowiadają? Doprawdy nie mam pojęcia. Obejrzyjcie moje zdjęcia z tego rynku.
Jednak przyzwyczajenia żywieniowe mają trochę inne. Ja zawsze jem wielkie śniadanie jak tylko wstanę, potem obiad i kolacja. Taki polski standard. Amerykanie na śniadanie zajadają płatki śniadaniowe. Nawet mają specjalne słowo na to 'cereals'. Zawsze myślałem, że 'flakes' to płatki, ale to się odnosi do tych płaskich, a 'cereals' to ogólna nazwa wszystkiego, co można zalać mlekiem i zjeść na śniadanie (jeśli coś namieszałem językowo, proszę o sprostowanie). Jak się można domyślić, dla mnie takie śniadania nie wchodzą w grę, bo za 10 minut byłbym głodny. Chleba nie mają w domach, masła, wędlin czy serów też nie znalazłem tam, gdzie byłem. Wszędzie jednak mają to jajka! I w ten właśnie sposób zostałem pożeraczem jajek. W Lakewood kupiłem tuzin jajek (3 dolce), chleb, pomidory i kiełbaski do hot dogów. Śniadanie (i kolacja też) składała się z 3 jajek, paru kromek chleba, pomidora. Dobre i pożywne. Niedawno gdzieś czytałem, że jajka to jedyne produkty, które można jeść jako jedyne pożywienie i dostarczać w ten sposób wszystkich niezbędnych składników odżywczych. Tak więc próbuję.

Z policją "miękko" nie pograsz


Poprzedniego dnia Jesse zadeklarował, że następnego dnia możemy się napić razem, jednak wypadła mu znowu praca i oba wieczory w Lakewood spędziłem sam. Trochę smutno, ale cóż robić. Połaziłem po okolicy i zwróciłem jeszcze uwagę, że mału ludzi spaceruje. Jakoś tak nienaturalnie mało ludzi widać tu na ulicach (piszę tu zarówno o Lakewood jak i Cleveland). Ale wszędzie widać ludzi, którzy biegają.
Spodobały mi się policyjne samochody w Cleveland. Wyglądały zupełnie inaczej niż ten pod domem Jessego. Świetne są te wysunięte do przodu zderzaki, ale w sumie to nie wiem, po co one są. Żeby spychać piratów drogowych jak w "Need for speed"? Ktoś wie?
Dopisek dwa dni potem: Tak, to jest po to, żeby spychać na bok samochody, które próbują uciec policji. Jak widać, nie ma miękkiej gry z policją w USA

Halloween i europejska kurtka


To, co na pewno jest zgodne ze stereotypem Ameryki, to szaleństwo dotyczące Halloween. Na bardzo wielu domach są ozdoby związane ze zbliżającym się świetem. Zdjęcia to najlepiej oddadzą
Okazuje się też, że jestem bardzo modny. Szedłem sobie w jakiejś galerii handlowej ubrany jak widzicie na zdjęciu, a tu nagle podchodzi do mnie młody Murzyn i pyta: Hej człowieku, gdzie kupiłeś tę kurtkę Quechua? Ja mu na to, że w Europie. Zrobił dość zaskoczoną minę i poszedł dalej. Nie spodziewałem się, że wzbudzę zainteresowanie przypadkowej osoby swoim ubiorem. Teraz myślę, że mogłem mu ją sprzedać za 200 bugsów? Kosztowała ok 45 bugsów.

PS. Coś pomieszałem w jednym z poprzednich odcinków z tymi podatkami od nieruchomości. Jest jednak gorzej niż pisałem, ale niestety nie do końca zrozumiałem jak to działa, kiedy tłumaczył mi to facet, który zajmuje się tutaj podatkami. Generalnie są jakieś kwoty wolne, jakieś odliczenia itp. Podsumowując, skomplikowane jak w Polsce. Może będę miał jeszcze kiedyś więcej czasu z jakimś specem, to mi wyjaśni.
Marek Bartnikowski

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB