Nasz człowiek w Ameryce (10): czas refleksji

2015-10-22 12:59:01 (ost. akt: 2015-10-22 13:03:40)
W tajskiej knajpce w Columbus

W tajskiej knajpce w Columbus

Autor zdjęcia: Marek Bartnikowski

Marek Bartnikowski z Krakowa postanowił wybrać się na nietypową wycieczkę: przez całe Stany Zjednoczone. Marek ma 38 lat, pochodzi z Olsztyna, ale od kilkunastu lat mieszka w Krakowie, gdzie prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę informatyczną. Do USA pojechał za własne pieniądze, zdany na własną pomysłowość i przedsiębiorczość. Chciał poznać nie tylko Amerykę, ale i Amerykanów, zatem zaplanował, że będzie szukał noclegów w prywatnych domach w systemie tzw. couchsurfingu. Marek zgodził się, aby kolejne odcinki jego zapisków publikować w naszym serwisie. Dzisiaj część dziesiąta.

Jestem w podróży już ponad dwa tygodnie. Czas spędzam bardzo zwyczajnie. Nie dzieją się jakieś niesamowite rzeczy i miałem już refleksję, że bez sensu zaplanowałem tę swoją podróż. Przecież tutaj, w USA, jest do zobaczenia tak dużo niesamowitych rzeczy: Niagara, Apallachy, Góry Skaliste, budynki, muzea, miasta. Cała historia Ameryki na wyciągnięcie ręki, a ja siedzę w jakiejś zapyziałej dziurze w stanie Ohio.

Zwyczajny stan zwyczajnych ludzi


Stan Ohio - wielu twierdzi, że to jeden z najnudniejszych stanów w USA (na równi z Nebraską i Wyoming). Tylko co definiuje ciekawość Stanu? Liczba muzeów, lunaparków, pomników natury? Potem pomyślałem - dobra, jestem gdzie jestem, bilety już kupione, miejsca zarezerwowane, niech się dzieje co chce (choć wiele się nie dzieje, tylko leci sobie spokojnie dzień za dniem). Teraz jestem bardzo zadowolony. Jestem w Indianapolis, u Kerry`ego, bardzo fajnego, otwartego na świat i inteligentnego faceta w wieku mojego ojca, spędzamy czas głównie gadając i jeżdżąc do restauracji. Indianapolis, według Kerry`ego, to najzwyczajniejszy stan w Stanach. Zamieszkany przez zwyczajnych ludzi. Tego przecież oczekiwałem po mojej wycieczce. Zobaczenia normalnego życia tutaj. Rozmawiałem o tym z moim gospodarzem. Zgadza się ze mną, że spędzając czas wyłącznie w Nowym Jorku, Chicago, San Francisco i Los Angeles wyjechałbym stąd z zupełnie fałszywym wyobrażeniem o Stanach. Tak więc teraz się cieszę z tego, w jaki sposób spędzam czas. W międzyczasie przeczytałem amerykańską książkę (Pan Mercedes Stephena Kinga) i zamierzam kupić kolejną - również coś amerykańskiego autora. Inaczej czytało się książkę o Stanach, będąc tutaj. Tym bardziej, że akcja książki rozgrywa się w Cleveland, w którym dopiero co byłem!

Dobre trzy noce


Ta podróż, uczy mnie przede wszystkim cierpliwości, pokory i tolerancji. O dziwo, rzadko czuję się niekomfortowo, choć czasem się zdarza, że rozmowa się klei albo mam problem z poprawnym wyrażeniem siebie ze względu na ograniczenia językowe. Jeden z gospodarzy zapytał mnie, czy chciałbym przenieść się do USA na zawsze. Powiedziałem, że nie - przede wszystkim ze względu na ograniczenia językowe. Lubię rozmawiać po polsku, lubię czytać trudne teksty, lubię czasem coś napisać lubię podyskutować o poprawności jakichś form językowych i zajrzeć do poradni językowej PWN. Lubię też to, że umiem dość dobrze i klarownie wyjaśnić, o co mi chodzi. Zastanawiam się, ile czasu potrzebowałbym tutaj, żeby móc komunikować się po angielsku na podobnym poziomie. Czy to w ogóle byłoby kiedyś możliwe?
Każdy gospodarz, do którego trafiam, jest inny. Naprawdę nigdy nie wiem czego się spodziewać i zawsze jak opuszczam gospodarza i udaję się w nowe miejsce, czuję jak ze stresu ściska mi trochę żołądek. Za dwa dni ruszam dalej, do małej miejscowości Lafayette, która leży pomiędzy Indianapolis i Chicago. Postanowiłem nie spędzać w Chicago zbyt wiele czasu. Zostanę dwa dni - wystarczy. To, co jeszcze zauważyłem, to moje odczucie zmęczenia, kiedy zbyt długo przebywam u jednego gospodarza. Dochodzę do wniosku, że optymalnym czasem pobytu są trzy noce. Dwie, to trochę mało, bo mamy tylko jeden pełny dzień w danym miejscu, a przy czterech robi się już ciężko. Zauważyłem, że spotkanie dwóch osób powoduje wytworzenie energii, która wystarcza na spędzenie dwóch wieczorów, niezależnie od tego, czy nadają na tej samej fali, czy nie. Potem robi się nieco sztywno i za bardzo nie wiadomo jak się zachować. Więc tę trzecią noc można jeszcze przetrwać prawie zawsze bezboleśnie, ale czwarta to może być już katorga. Podziwiam osoby, które pozwalają swoim gościom mieszkać pod swoim dachem dwa tygodnie (a tacy też są). Natomiast jedna noc, to zupełne nieporozumienie, bo sprowadza się do jednego darmowego noclegu, a nie o to w couchsurfingu chodzi.

Lodowate szczęście w domu i w szklance


Tak czy inaczej (używam tego zwrotu, bo mój gospodarz co chwilę mówi 'anyway') odkryłem w sobie, że potrafię się całkiem nieźle dostosować do okoliczności, uszanować zwyczaje panujące w domu gospodarza (choćby mi się bardzo nie podobały) i jeść wszystko co mi podadzą. Jedyne, czego nie udało mi się zaakceptować, to picie zimnych napoi z ogromną ilością lodu - jak oni mogą to pić, kiedy w dodatku klima chodzi na maksa, a na zewnątrz 10st Celsjusza. Jeden z moich gospodarzy, powiedział, że ciężko mi dogodzić, bo na jego pytanie, gdzie chcę zjeść i co robić, zawsze mówiłem, że to co oni chcą robić. No co to dla mnie za różnica, czy pójdę do knajpy BBR czy do Yeps, skoro żadnej nie znam i chętnie obie poznam?

Najpierw otwórz swój dom


Zastanawiam się, czy mógłbym zarekomendować wszystkim taki sposób podróżowania. Nie, zdecydowanie nie. Nie dla każdego jest couchsurfing, ale to dobrze, bo jak już się człowiek zdecyduje, to spotyka ludzi, którzy w jakimś stopniu podobnie patrzą na świat. Jeśli ktoś myśli o podróżach bazujących na couchsurfingu, niech koniecznie najpierw otworzy swój dom dla ludzi. Jak odwiedzą cię 2-3 osoby, już będziesz wiedział, czy to dla ciebie (oczywiście nie mówimy tu o samotnych facetach, który hostują wyłącznie samotne kobiety). Ja tu jestem właśnie dlatego, że otworzyłem swój dom dla ludzi. Po tym, jak odwiedziło mnie kilka osób, uznałem, że to jest to, czego szukałem. To jest mój sposób na podróż i to mi się naprawdę podoba, jest całkowite zgodne z moim sposobem patrzenia na świat. Dodatkowym atutem goszczenia ludzi jest to, że potem oni goszczą mnie. W Chicago i Los Angeles będę spał u osób, które gościłem w swoim domu. Fajnie, prawda?

Sami fajni ludzie


Na koniec jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Od początku podróży nie przytrafiła mi się żadna nieprzyjemna rzecz. Spotykam wyłącznie fajnych ludzi, którzy są zawsze pozytywnie nastawieni, a w najgorszym wypadku po prostu szczerze mówią, że są zmęczeni i idą spać. Wszędzie zostałem czymś poczęstowany, wszędzie napojony piwem, prawie każdy chciał mi coś postawić na obiad/śniadanie/kolację. Dziękuję wszystkim couchsurferom i zachęcam gospodarzy do dobrego traktowania swoich gości, niezależnie od tego, czy pochodzą z couchsurfingu czy po prostu są naszą rodziną (i tego też mnie moja podróż uczy).
Marek Bartnikowski

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB