Nasz człowiek w Ameryce (12): Chicago

2015-10-29 10:46:17 (ost. akt: 2015-11-10 16:40:31)
Panorama Chicago z Willis Tower (dawniej Sears Tower)

Panorama Chicago z Willis Tower (dawniej Sears Tower)

Autor zdjęcia: Marek Bartnikowski

Marek Bartnikowski z Krakowa postanowił wybrać się na nietypową wycieczkę: przez całe Stany Zjednoczone. Marek ma 38 lat, pochodzi z Olsztyna, ale od kilkunastu lat mieszka w Krakowie, gdzie prowadzi własną, dobrze prosperującą firmę informatyczną. Do USA pojechał za własne pieniądze, zdany na własną pomysłowość i przedsiębiorczość. Chciał poznać nie tylko Amerykę, ale i Amerykanów, zatem zaplanował, że będzie szukał noclegów w prywatnych domach w systemie tzw. couchsurfingu. Marek zgodził się, aby kolejne odcinki jego zapisków publikować w naszym serwisie. Dzisiaj część dwunasta.

Mój gospodarz w Chicago zapytał, jakie znalazłem różnice pomiędzy Polską a USA (po tym jak powiedziałem, że eksploruję tutejszą kulturę i obyczaje). Powiedziałem mu, że w zasadzie, poza jakimiś bardzo drobnymi i nieistotnymi rzeczami, jak urządzanie domów czy niezdejmowanie w nich butów, to w Europie jest tak samo. Naprawdę, wszystko co tutaj widziałem i o czym pisałem, to jakieś drobne, nieistotne różnice, które nie powodują, że czuję się tutaj inaczej. Chciałem mu coś powiedzieć, ale jak zacząłem się zastanawiać, to w głowie miałem kompletną pustkę. Nic. Żadnych istotnych różnic. Globalizacja. Supermarkety. McDonald's. Sturbucks. Samochody, autobusy. Ludzie, ich nawyki, ich zachowania, obyczaje, nawet odżywanie. To wszystko jest na tyle podobne, że nie warto sobie zaprzątać głowy drobiazgami. Jeśli ktoś by nam zawiązał oczy, uśpił i wywiózł za ocean, to jedyne, co pozwoliłoby nam odgadnąć, że jesteśmy poza Europą, to tablice rejestracyjne i flagi amerykańskie.
Dobra, więc coś o ludziach i innych przygodach, skoro temat amerykańskiej kultury wyczerpałem w poprzednich relacjach (tak mi się przynajmniej wydaje, ale najprawdopodobniej grubo się mylę).

Uniwersytet Purdue


Spędziłem dwie noce w miejscowości Lafayette. Miejscowość raczej nieznana polskiej publiczności, więc ją przedstawię - mieści się tutaj siedziba uniwersytetu Purdue - jednej z najlepszych publicznych uczelni w USA. Lafayette to miejsce, którego nie spotkamy w Polsce (o, jednak jest jakaś znacząca różnica!). Jest to miasto typowo uniwersyteckie, co oznacza, że wszystkie skupione jest tutaj wokół uniwersytetu - to miasto to Uniwersytet. Ciekawe, bo w mieście mieszka 67.000 ludzi + 40.000 studentów. Tych 67.000 to w ogromnej mierze pracownicy uniwersytetu. Trafiłem tutaj przypadkiem. Mój gospodarz z Indianapolis, o którym już pisałem, polecił mi to miejsce, kiedy powiedziałem, że szukam jakiegoś ciekawego przystanku pomiędzy Indianapolis a Chicago. Wysłałem prośbę do dwóch osób i od jednej prawie natychmiast dostałem potwierdzenie, że mogę się u niej zatrzymać. Tą osobą była Ariana z Ekwadoru, która mieszka ze swoją dziewczyną - Aną z Kolumbii. Takie międzynarodowe towarzystwo mi się trafiło.

Ja i sami doktoranci


Dziewczyny nadzwyczaj miłe i otwarte. Obie robią doktorat i jednocześnie pracują na uczelni, co pozwala im się utrzymać. Po dokonaniu wszelkich opłat wychodzą na "zero" i bardzo się cieszą, że mogą w ten sposób pozwolić sobie na studia w USA. Normalnie rok studiów tutaj to ok $15.000, co jest bardzo tanio, bo to publiczna uczelnia.
Dziewczyny przedstawiły mnie swoim znajomym, wszyscy na studiach doktoranckich i wszyscy w związkach małżeńskich (poznałem trzy małżeństwa). Alecho, dowiedziawszy się, że się wspinam, zaproponował wypad na ich siłownię. Choć siłownia "gym", to nie jest odpowiednie słowo na obiekt, w którym między innymi znajduje się ścianka wspinaczkowa. Poza ścianką znajdziemy tam standardowe przyrządy do ćwiczeń siłowych, rowerki, bieżnie, sale do tańca, sale do gimnastyki, basen, kort tenisowy, boisko do siatkówki a nawet krytą bieżnię wijącą się między wszystkimi dostępnymi przyrządami do ćwiczeń. Obiekt naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Przytrafiła się nam tutaj dość zabawna historia. Otóż mają tu bzika na punkcie bezpieczeństwa, więc przed wspinaniem z liną, musieliśmy zdać szybki egzamin z asekuracji. Alecho zaproponował, żebym poszedł pierwszy, co uczyniłem i egzamin zdałem (nie wiem na jaką ocenę, ale mam nadzieję, że na piątkę). Potem poszedł Alecho i .... oblał. Nie wspinał się bardzo dawno i nie był nigdy zapalonym wspinaczem, więc nie pamiętał za bardzo, jak się wiąże ósemkę. Więc wspinaliśmy się na bulderowni, gdzie nadludzkim wysiłkiem (nie wspinałem się prawie 4 miesiące) zrobiłem kilka boulderów V2. Potem cały wieczór śmiałem się z Alecho, a on cały wieczór wszystkim wokół się tłumaczył, że zapomniał i przepraszał mnie za każdym razem. Naprawdę było zabawnie.
Wieczór spędziliśmy na werandzie jeszcze innej Kolumbijskiej pary popijając piwo i wesoło rozmawiając. Śmialiśmy się, że przyjechałem doświadczać amerykańskiej kultury, a siedzę z Kolumbijczykami (i jedną Ekwadorką). Cieszyłem się ogromnie z tego czasu z nimi. Nad wyraz otwarci ludzie, szczerzy, weseli, inteligentni. Cieszyłem się tym bardziej, że w dniu, kiedy do nich przyjechałem spotkała mnie ogromna przykrość.

Moje perypetie z noclegiem


W dzień wyjazdu z Indianapolis, napisałem email do moich gospodarzy w Chicago, że będę u nich za dwa dni. Zawsze przypominam się ludziom, do których jadę i wszyscy zawsze doceniają to, że pozostaję w kontakcie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dziewczyna, która była moim gościem w Polsce wraz ze swoim chłopakiem, odpisała, że okoliczności się zmieniły i nie ma jak mnie przenocować. Dwa dni przed moim przyjazdem! I dopiero po tym, jak się przypomniałem! Wystawiła mnie do wiatru, a kiedy jej napisałem, że teraz nie wiem, czy w ogóle znajdę jakiś nocleg, poleciła mi hostel (w którym nie było miejsc) i żebym sobie poszukał na szybko na couchsurfing (w skrócie CS). Pierwsze co zrobiłem, to zarezerwowałem hostel, co się okazało bardzo drogie, ze względu na to, że to last minute ($60 za noc w pokoju 8 osobowym, gdzie normalna cena to $30-$35) i oczywiście zacząłem szukać na CS. Jako, że jestem w czepku urodzony, następnego dnia, będąc już w Lafayette, dostałem potwierdzenie od faceta z Chicago, że mogę się u niego zatrzymać. A ponieważ wykupiłem ubezpieczenie, to mogłem odwołać moją rezerwację w hostelu, z czym też wiąże się krótka historia.

Campus Lafayette


Jak tylko się dowiedziałem, że nie muszę spać w hostelu, zadzwoniłem do nich, żeby odwołać rezerwację (wymagało to kontaktu z hostelem, nie dało się kliknąć 'cancel'). Po wielu nieodebranych połączeniach, odebrała jakaś kobieta, która ledwie gadała po angielsku i poprosiła, żebym zadzwonił za 20 minut. Zadzwoniłem, ale powiedziała to samo. Więc ja jej na to, że chcę teraz odwołać moją rezerwację, bo się nie da do nich dodzwonić. Powiedziała 'thank you' i odłożyła słuchawkę. Załamałem się, ale w ostatnim przebłysku pomysłowości wysłałem email z prośbą o rezerwację (który okazał się być warty $60).
Poszedłem zatem zwiedzać Lafayette w znakomitym humorze. Mam gdzie spać w Chicago, mam fajnych gospodarzy, święci piękne słońce, temperatura ok 24st C. Tak więc pojechałem darmowym autobusem na kampus i zacząłem zwiedzać budynki różnych wydziałów uczelni. Co oczywiste, ciągnęło mnie głównie to wydziału fizyki, astronomii, astronautyki i informatyki (tego ostatniego ostatecznie nie znalazłem:). Uniwersytet "wyprodukował" trzech noblistów. Dwóch z fizyki i jednego z chemii.

Zwiedzam i odpoczywamn, ale nerwy były


Bardzo spodobało mi się miejsce, w którym studenci mogli sobie odpocząć (znaczy prawie w każdym budynku było takie miejsce, ale w Memorial Union było najlepsze, jakie wiedziałem)
Nie dają też studentom umrzeć z głodu, co widać po liczbie dostępnych restauracji
Wydział fizyki i astronomii obwieszony był cały (mam na myśli ściany na korytarzach) planszami o cząstkach elementarnych i innych ważnych prawach fizyki.
Duże wrażenie robi wydział astronautyki. Znajduje się on w ogromnym budynku o nowoczesnej architekturze i eksponatami w środku, których nie powstydziłoby się porządne muzeum. Oczywiście do tego tunele aerodynamiczne w laboratoriach i dużo komputerów (jak już wszędzie).
Potem na wydziale muzyki trafiłem na próbę orkiestry symfonicznej uniwersytetu i zajrzałem za kulisy sali koncertowej.
Po obiedzie (pizza, ale nie mam zdjęcia) przypomniałem sobie, żeby znów zadzwonić do hostelu i zapytać o tę nieszczęsną rezygnację. Tym razem odebrała kobieta, która normalnie mówiła po angielsku, powiedziałem jej, że chcę odwołać, a ona mi na to, że za późno, bo powinienem odwołać do czternastej i w związku z tym ściągnął mi kasę za pierwszą noc. Krew mnie zalała i mówię jej, że dzwoniłem z 5 razy ok 12 i że laska ni w ząb po angielsku i że się nie zgadzam na ściąganie kasy w tej sytuacji. Przypomniałem sobie, że wysłałem też email i jej o tym powiedziałem. Kazała mi się uspokoić (!) i znalazła na szczęście mój email i wszystko skończyło się dobrze. Masakra jakaś - jak można zatrudniać osoby do pracy w hostelu, które nie gadają po angielsku.
Zmęczony długim spacerem (i nerwami hostelowymi), postanowiłem poczuć się przez chwilę jak student i zasiadłem w opisanej wcześniej sali do odpoczynku.

Fontanna czyli wodopój


Potem poszliśmy na wspomnianą 'gym', która nazywa się 'Recreational Sports Center'.
W USA można spotkać niemal wszędzie tzw. water fountains, czyli miejsca, w których można napić się wody. Bardzo mi się to podoba. Woda jest wszędzie i jest za darmo. Takie fontannty można spotkać nie tylko na ulicach, ale w każdym budynku uczelni. W zasadzie są na każdym kroku i studenci bardzo ochoczo z nich korzystają. Czytałem nieco o higienie korzystania z tych urządzań i kiedyś było fatalnie, bo strumień wody wylatywał pionowo do góry, trafiał w usta i wraz z bakteriami wracał na dozownik. Dlatego wymyślono, żeby strumień wody wylatywał po kątem. Dodatkowo osłny, które widać na zdjęciu, uniemożliwiają dotknięcie ustami dozownika. Tak to wszytko wykombinowane, żeby było zdrowo. Tak bardzo zdrowo jednak nie jest i czasem cś sę mozę do człowieka przyplątać od picia tej wody, ale to raczejj sporadyczne przypadki. Ja piłem i nic sie nie przyplątało.

Chicago wita, czyli korki i Willis Tower


Wietrzne miasto (taką potoczną nazwę nosi Chicago, ze względu na często wiejące, silne wiatry znad jeziora Michigan) przywitało mnie gigantycznymi korkami. Wielopasmowa autostrada zapchana całkowicie samochodami.
Korki korkami, ale nie dało się przejść obojętnie obok Willis Tower (dawniej Sears Tower), budynku, który przez wiele lat był najwyższy na świecie. Teraz już nie jest, ale wciąż robi wrażenie, kiedy wjedzie się windą na 103 piętro.
Całe 103. piętro przeznaczone jest dla turystów. Dodatkowo, jakiś czas temu, zbudowano cztery oszklone balkony, które pozwalają turystom wyjść, w pewnym sensie, na zewnątrz budynku. Widoki oszałamiające i ta świadomość bycia na 103 piętrze. Przyjemnie
Niestety nie mam wiele do opowiedzenia o Chicago - spędziłem tutaj tylko jeden pełny dzień. Dla mnie downtown wydało się dość podobne do Manhattanu, na co protestem zareagował mój gospodarz Jerry. Z niego to dopiero numer!

Pijemy po polsku


Jerry ma 75 lat i jak sam o sobie powiedział, stary już z niego skurczybyk. Na swoje lata nie wygląda, a już na pewno się na nie nie zachowuje. Przywitał mnie krótkim "się napiję?" (piwa) i z radością wręczył mi puszkę zimnego piwa, a sam nalał sobie do szklanki wódkę, którą pił z lodem.
Jerry gości ludzi na zasadzie couchsurfingu od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku (!). W tych czasach istniała organizacja o nazwie 'service' lub 'servus' (nie jestem pewny), której Jerry był jednym z koordynatorów. Jako że nie było jeszcze wtedy internetu (choć protokół IP miał już być niedługo opublikowany w RFC - we wrześniu 1981), Jerry prowadził wielką księgę, w której miał adresy ludzi z całego świata. Jeśli ktoś chciał jechać w jakieś miejsce, dzwonił do Jerrego, ten szukał odpowiedniej osoby w swoich przepastnych księgach i podawał namiary. Następnie należało napisać list (poza USA i Europą Zachodnią w latach 70. niewiele było telefonów) z prośbą o nocleg i jak się otrzymało odpowiedź pozytywną, można było jechać. Taka wymiana listów mogła trwać nawet miesiąc i dłużej. To były czasy! Teraz człowiek wysyła 30 zapytań o nocleg i ludziom się często w ogóle nie chce odpowiadać. W czasach, kiedy wymagało to tak dużego zaangażowania, musiało być nieco inaczej. No, ale gdyby mnie zrobili w konia w tamtych czasach, to bym się dowiedział dopiero na miejscu, że nie mam gdzie spać.

Jerry i Peter


Dołączył też do nas przyjaciel Jerrego - Peter, też lat 75.
Jerry jest psychologiem klinicznym. Pracował wiele lat w szpitalu, teraz prowadzi prywatną praktykę w swoim domu. Zwiedził w swoim życiu prawie cały świat, a jego ulubionym kierunkiem są Indie. Był tam już cztery razy, za miesiąc jedzie po raz kolejny. W domu posiada niezliczoną liczbę pamiątek z całego świata.
Przyjemnie było spędzić czas z panami w wieku 75 lat. Czułem się w ich towarzystwie zupełnie swobodnie i naturalnie. Nie jest to chyba zbyt częste, żeby w tym wieku mieć tyle otwartości, pogody ducha i pozytywnego nastawienia do ludzi. Świetny czas. Jedyny minus, to kac rano. Jerry powiedział następnego dnia wieczorem, że wszystkie sesje z pacjentami miał spieprzone tego dnia.

PS. Całą tę relację przygotowałem w samolocie do San Francisco. Zaskoczyło mnie, jak to jest daleko - lot trwał 5 godzin. W całej Europie chyba nie ma takich długich lotów (chyba, że na Kanary, ale to taka oszukana Europa). Następny wpis będzie o brudnym San Francisco.
Marek Bartnikowski



Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB