Gruzini to taki rodzaj ludzi, którzy mogą zagłaskać człowieka na śmierć

2015-12-09 13:30:45 (ost. akt: 2015-12-09 13:26:39)
Któregoś dnia marszutka, czyli busik, którego kierowca pędzi wąskimi drogami jak szalony, dowiozła Małgorzatę do miasta Sighnaghi. W tle dolina, która słynie z winnic.

Któregoś dnia marszutka, czyli busik, którego kierowca pędzi wąskimi drogami jak szalony, dowiozła Małgorzatę do miasta Sighnaghi. W tle dolina, która słynie z winnic.

Autor zdjęcia: Małgorzata Furgała

Ona nie znała rosyjskiego, oni angielskiego, ale wystarczył miesiąc w Tbilisi, żeby się zakochać i w tym mieści, i w Gruzji. I w górach, które są symbolem tego kraju. Dla Małgorzaty Furgały z Olsztyna była to przygoda życia.

Małgorzata od zawsze sporo podróżowała. Głównie po Europie i północnej Afryce. W ubiegłym roku wraz z przyjaciółką Ewą zadecydowała, że urlop poświęcą na wolontariat. Padło na Gruzję.

— Trochę ten wybór był egoistyczny — śmieje się Małgorzata Furgała. — Obie kochamy chodzenie po górach. Otoczone górami Tbilisi, bo tam postanowiłyśmy wyjechać, było spełnieniem marzeń.
Panie zaczęły się solidnie przygotowywać. Nawiązały kontakty z Polonią gruzińską, przypadkiem poznały kogoś, kto skontaktował je z polska nauczycielką w Gruzji. Korespondowały z polskim konsulatem, który chętnie pomagał rozwiać wątpliwości.
— A i tak w zderzeniu z rzeczywistością wiele rzeczy okazało się zaskakujących — śmieje się Małgorzata. — Gruzini okazali się przyjaźni, serdeczni. To ten rodzaj ludzi, którzy w najlepszej wierze potrafiliby zagłaskać prawie na śmierć.

Przydały się lekcje rosyjskiego


Gruzini raczej nie mówią po angielsku. Starsze pokolenie świetnie mówi po rosyjsku (przydało się kilka lekcji tego języka przed wyjazdem), młodsze zna tylko gruziński. Niełatwo więc było się dogadać.
Małgorzata przyjechała do Tbilisi w maju i rozpoczęła pracę w ośrodku pomagającym ubogim i niepełnosprawnym. Przyjaciółka dołączyła do niej po jakimś czasie.
— Wylądowałam na gruzińskim lotnisku nad ranem. Wyjechało po mnie troje wolontariuszy: Włoch, Gruzin i Polka. Wieźli mnie samochodem przez pola i chaszcze — wspomina Małgorzata pierwsze wrażenia z Gruzji. — Mijaliśmy domy z powybijanymi szybami, to było naprawdę przerażające. Gdy obudziłam się po drzemce, moim oczom ukazało się Tbilisi. Okazało się jednym z najpiękniejszych miast, jakie widziałam. Nawet pomimo ogromnej biedy, której tam nie brakuje.
Miasto otaczały ukochane przez Małgosię góry. Do tego w tym czasie wszędzie kwitły kwiaty i opadały morwy. — Od razu po przyjeździe skosztowałam oczywiście tutowki, czyli lokalnej wódki z tych owoców — wspomina Małgorzata.

Tolerancja po gruzińsku


Gruzja jest miejscem multikulturowym. Żyją tam Ormianie, Kurdowie, Rosjanie, Czeczeni. Są katolicy, muzułmanie i ludzie wyznający prawosławie.
— Ani razu nie byłam świadkiem żadnej waśni z tego powodu — wspomina wolontariuszka. — Kaukaz jest targany różnymi wojnami, ale tak naprawdę od Gruzinów można uczyć się tolerancji.
Wyjeżdżała z zamiarem uczenia angielskiego. Okazało się jednak, że są inne, pilniejsze potrzeby. W centrum organizowano zajęcia dla niepełnosprawnych. Mogli tam codziennie przyjść i po prostu coś zjeść, bo wielu żyje w skrajnej nędzy.
— Zweryfikowałam swoje podejście do tego, jak powinno się pomagać. Nie tak, żeby robić to, na co mam ochotę, ale to, co ludziom w danym momencie pomoże funkcjonować. Oprócz pomocy w codziennych zajęciach zajmowałam się tłumaczeniem na angielski różnych pism urzędowych — relacjonuje Małgosia.
Niepełnosprawni chętnie odwiedzają centrum, bo czują się tam bezpiecznie. Oprócz ciepłego słowa i troski wolontariuszy nie lada atrakcją był dla nich często pierwszy w życiu kontakt z ludźmi z innych krajów.
Małgorzata o mieszkańcach Gruzji opowiada z czułością. Podobno wykazywali się wyjątkowym talentem i entuzjazmu do nauki obcych języków. Przez sam kontakt z wolontariuszami niektórzy nauczyli się porozumiewać po polsku. Do tego niezwykle gościnni. Zdarzało się, że Małgorzatę do domów zapraszali ludzie poznawani na ulicy.

Sznurówka i wycieraczka


— Kiedy komuś z nich dzieje się krzywda, inni natychmiast pędzą z pomocą — opowiada wolontariuszka. — Ale pomagają nie tylko w dramatycznych okolicznościach. Gdy kiedyś urwała mi się sznurówka i przykucnęłam na chodniku, po chwili stał przy mnie żołnierz z pytaniem, czy nie potrzebuję pomocy.
Albo taka przygoda. Kiedyś jechały same wąską, górzystą drogą podczas ulewy. Oderwała im się wycieraczka, co w tej sytuacji uniemożliwiało dalszą podróż. Na pomoc pospieszyło im dwóch młodych mężczyzn. Umocowali wycieraczkę w prowizoryczny sposób i jeszcze asekurowali Polki przez część drogi, żeby upewnić się, że dziewczyny mogą szczęśliwie dojechać na miejsce.
W dniach wolnych od pracy zwiedzały Gruzję. Zazwyczaj podróżowały marszutką. To rodzaj busika, bardzo popularny i niezwykle tani środek transportu.
— Kierowca pędzi ze sto na godzinę, nie zważając na napotkane po drodze kury czy owce. To tak zwany kaukaski styl jazdy, który polega między innymi na tym, że się wyprzedza na trzeciego na krętej górskiej drodze — opowiada Małgosia. — Pasażerowie w tym czasie wyciągają jedzenie i picie, dzielą się tym między sobą. Jest wesoło i głośno. Z podróży robi się jedna wielka impreza.
Emzar, kierowca busa, zatrzymywał się w każdym miejscu, jakie wolontariuszki chciały zwiedzić. Po wszystkim zaprosił je do siebie na ucztę.
— Byłyśmy zaskoczone, ale przyjęłyśmy zaproszenie. Próbowałyśmy wódki z winogron, pysznych lokalnych dań. Dla niego to było normalne, że po skończonej pracy zaprasza nas do swojego domu i podejmuje wszystkim, co ma najlepsze — relacjonuje Małgorzata.

Dwie samotne kobiety, potrzebny swat!


Jak przyjmowane były dwie kobiety w bardzo tradycyjnym, patriarchalnym społeczeństwie? Pani Małgosia przekonuje, że była traktowana bardzo miło. — Mężczyźni nie mogli wyjść z podziwu, że dwie kobiety jadą same samochodem. Oprócz tego, na każdym kroku próbowano mnie swatać, poznawać z kuzynami albo braćmi — śmieje się. — Byłam też pod wrażeniem ich urody. To niewysocy, ale atletycznie zbudowani mężczyźni o pięknych twarzach. W Polsce, gdy jadę metrem, najciekawszy wydaje mi się widok za oknem. W Gruzji patrzyłam na ludzi — zachwyca się Małgorzata.
Jedyne, czego Małgorzata bała się podczas wędrówek po Gruzji, to psy. — Może głupio to zabrzmi, bo psy uwielbiam — wyjaśnia Małgosia. — To jednak były sfory zdziczałych owczarków kaukaskich. Co gorsza Gruzini szczeniakom urywają uszy, bo wierzą w to, że dzięki temu pies lepiej słyszy. Te psy żyją w grupach i reagują bardzo źle na widok ludzi, od których nie spodziewają się zaznać niczego dobrego. Każdego roku więcej ludzi umiera tam z powodu pogryzień przez psy niż w wypadkach drogowych.
Miesiąc spędzony w Tbilisi zmienił sposób, w jaki Małgorzata postrzega świat.
— Uświadomiłam sobie, jak wydelikaconym i skupionym na sobie społeczeństwem jesteśmy. Odmieniamy bez przerwy „ja” przez wszystkie przypadki — mówi. — A tam są ludzie, którzy żyją w ogromnej biedzie, ale mimo to gotowi dzielić się wszystkim, co mają.
Katarzyna Guzewicz






Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB